W tym wpisie kilka słodko-gorzkich słów na temat nowej płyty Arctic Monkeys AM. Słodkich, bo R U Mine? (takich Małp chce się słuchać w kółko!), Arabella (słyszę tam Tame Impala, a lubię tę kapelę, więc...), albo utwór wieńczący płytę I Wanna Be Yours (chociaż też jakoś specjalnie pupki nie urywa). Gorzkich, bo odnoszę wrażenie, że Arctic Monkeys próbują na siłę zostać nowymi Queens of the Stone Age. Jeżeli mnie zapytacie to odpowiem, że to zadanie ich przerasta. Inspiracje inspiracjami, ale Alex nawet stara się śpiewać jak Homme.
Ponadto nie podobają mi się ponabijane gdzie się da falsety. Za dużo ich. Ileż można?
Płyta się kończy i... Nie chce mi się jej odpalać po raz kolejny. Nie wiem czemu. W ogóle mnie ta płyta nie ciągnie, a w większości nawet tych słabszych wydawnictw mam chęć ponownego odsłuchu. Jedynie wracałem do R U Mine?. Do AM zabierałem się kilkakrotnie. Nigdy nie przyciągnęła mnie na dłużej.
Może już z nich wyrosłem. Arktyczne Małpy chyba celują w młodszy target -> gimnazjum i liceum.
Wybiórczo bankowo będę wracał do niektórych kawałków z AM. Takie R U Mine? to rockowy masterpiece i z nim zostawiam Was w ten piękny jesienny (prawie zimowy ;P) poranek. Trochę powiało chłodem z tego wpisu, ale piszę jak czuję.
Tymczasem! Oby dobrego dnia! ;)