Pokazywanie postów oznaczonych etykietą debiut. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą debiut. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 kwietnia 2015

Audiowizualne ciarki

Sorewicz, chwilę mnie nie było. Dopadła mnie proza życia. Praca, szkoła, przedświąteczne porządki, itd, itp. Jak zwykle cały czas w miarę możliwości dawkowałem ciału spragnionemu muzyki nowych doznań. Najza... Albo nie. Słowny odwyk. Nie będę nadużywał przeróżnych form słowa zacny. Najprzemegakozackim kąskiem, którym ostatnio uraczyłem ucho był singiel artysty kryjącego się pod pseudonimem Jamie xx.

Kawałek Loud Places nagrany w kolaboracji z dobrą koleżanką z macierzystego zespołu The xx - Romy Madley Croft zapowiada długogrającą płytę brytyjskiego producenta. Debiutancki solowy eLPek zatytułowany In Colours ukaże się 1 czerwca nakładem Young Turks. Znajdzie się na nim 11 utworów. Jak dobrze kojarzę to przynajmniej 4 utwory z tracklisty In Colours krążą już po internecie. Gosh, Sleep Sound (moja ulubiona piosenka Jamiego z dwoma ikasami), rzeczone Loud Places i zamykające album Girl.

Oglądając i słuchając wideoklip Loud Places czuję coś ponadprzęcietnego. Mam audiowizualne ciarki. Wierzę temu dźwiękowi i obrazowi.
Coraz bardziej niż mniej żałuję, że nie doświadczyłem Jamiego xx na zeszłorocznym Opku. To musiał być zac... (to jest silniejsze ode mnie!) To musiał być dość niczego sobie koncert.

Czekając na 1 czerwca i premierę In Colours do odsłuchu Loud Places.
Kolorki na koniec. Ach, magia.


poniedziałek, 9 marca 2015

Boltzu recenzuje dla Outrave (Cosovel - Cosovel)

Popełniłem kolejną reckę. Tym razem dla portalu Outrave zatopiłem się w debiutanckim długograju Cosovel zatytułowanym po prostu Cosovel.
Polski zespół. Trio. Pani Izolda Sorenson na czele. Towarzysz jej dwóch Panów - Aleks Polak i Jose Manuel Alban Juarez. Właściwie to przedstawicieli płci mniej pięknej, żeby nie pisać brzydszej jest nawet trzech. Ten trzeci jest swoistym kamieniem węgielnym projektu.

Recenzja debiutanckiej płyty Cosovel do przeczytania o tutaj. Wielce zapraszam ;)

PS. Pani Izoldo, dziękuję za cukierasa ;)

sobota, 28 lutego 2015

Przybywaj

Jaram się po stokroć. Zamówienie poszło i za niedługo będę miał kolejną zacną płytę w kolekcji! Właśnie wysłałem zapotrzebowanie na egzemplarz jednego z najlepszych wydawnictw z rocznika 2015. Nazwa zespołu Viet Cong, nazwa płyty Viet Cong.

Kanadyjska kapela Viet Cong powstała na zgliszczach zespołu Women. Jeśli zapytacie o gatunek ich muzyki to napiszę, że grają post-punk łamany na art rock. Oczywiście otwiera się kilka innych szuflad z nazwami, do których można by ich wsadzić, aczkolwiek post-punk jest jądrem, rdzeniem Viet Cong.
Płyta nagrana w stodole przerobionej na studio nagraniowe zawiera 7 kompozycji. 7 kompozycji z kipiącymi emocjami zamglonymi, brudnymi riffami, pulsującą sekcją rytmiczną i mnóstwem smaczków pochowanych to tu to tam.

Miejsce na półce czeka. Przybywaj.

Do odsłuchu utwór Continental Shelf oznaczony numerem 5 na debiutanckim albumie Viet Cong zatytułowanym po prostu Viet Cong.



wtorek, 10 lutego 2015

The Bee Gees on diazepam

Od niedzieli bujam się przy melodiach projektu All We Are. Ostatnio wypuścili debiutancki długograj o takim samym tytule jak nazwa zespołu. Opisują się, jako cytuję za Fejsbukiem: "The Bee Gees on diazepam" i rzeczywiście jest coś na rzeczy. Skład jest iście międzynarodowy, gdyż:

- Guro Gikling - basistka - kraj pochodzenia: Norwegia
- Rich O'Flynn - człek przy garach - kraj pochodzenia: Irlandia
- Luis Santos - gitarzysta - kraj pochodzenia: Brazylia

Nie wiem, czy to dobrze. Nie wiem. Chcąc opisać All We Are pojawia mi się lawina innych nazw. London Grammar, Jungle, Daughter, gdzieniegdzie zagrywki gitarowe niczym z kawałków Foals. Dużo tego. Gdzie w tym wszystkim jest All We Are? Brakuje oryginalności, ale melodie tworzą całkiem w porządalu. Nóżka pracuje, a i zanucić można! Warto docenić też zacne wielogłosy.

Najbardziej wyginam ciało przy kawałku Feel Safe i tenże zostawiam do odsłuchu.


czwartek, 17 lipca 2014

Nie byle jaka krew

Są płyty, które już przed odsłuchem, ba nawet przed premierą są na uprzywilejowanej pozycji.
Po pierwsze dotychczas usłyszane kawałki zespołu, który mam na myśli brzmią smacznie niczym prawidłowo ugotowany makaron (obudził się we mnie entuzjasta makaronu).
Po drugie autorzy piosenek zostawili po sobie sytość w uchu po występie na żywo na Open'erze 2014 (siniaki też - żadnego nie żałuję, pozdrawiam ekipę spod sceny).
Po trzecie mają to nieopisane coś, co przyciąga. Są jacyś. Nie są nijacy, Ach, nie lubię o tym pisać, bo nie do końca potrafię to nazwać słowami.
Po czwarte... patrz punkt pierwszy, drugi i trzeci.

25 sierpnia to dzień, w którym światło dzienne ujrzy debiutancki album Royal Blood o wielce kreatywnym tytule... Royal Blood. Selftitled będzie się składał z 10 kompozycji. Mam przynajmniej kilka powodów, żeby już teraz złożyć deklarację o zakupie płyty Brytyjskiego duetu. W życiu jest mało pewnych rzeczy. Makaron nie zawsze uda się ugotować al dente. Jedną z pewnych rzeczy jest to, że album Royal Blood długo nie opuści mojego odtwarzacza.

Out of the Black, Little Monster i Come On Over z niekłamaną przyjemnością udostępniałem już w Muzycznej Czasoprzestrzeni. Co by tu teraz? A niech będzie nowy singiel Figure It Out.


Swoją drogą ładny teledysk, c'nie?

środa, 1 maja 2013

Białe zarysy facjat

Heh. Dzisiaj śniło mi się, że nie wziąłem namiotu na openerowe pole namiotowe. Nie będę już jadł po nocy, bo głupoty się śnią.

Zostajemy w klimacie Open'era 2013. Tak jakoś przypadkowo wyszło. Przeważnie tak wychodzi ;)
Z przyjemnością poświęcam kilka minut na wpis na temat pochodzących z Wielkiej Brytanii braci Lawrence. Guy i Howard Lawrence wspólnymi siłami tworzą Disclosure. Wczoraj zauważyłem w nich element zjawiskowości. Chwilę czasu zajęło mi dostrzeżenie potencjału, ale teraz w pełni świadomie stawiam tezę, że nazwa Disclosure już za niedługo może stać się znaczącą nazwą we współczesnej muzyce elektronicznej. Lawrence'owie ciekawie kombinują mieszając elektroniczne różności spod znaku basu tworząc utwory przy, których mimowolnie nóżka pracuje. Nim się obejrzymy światło dzienne ujrzy debiutancki album Disclosure zatytułowany Settle. Data premiery to 03.06.2013. "Gdzie tam czerwiec, Panie Boltzu?". Zleci raz, dwa zobaczycie, a może i jakiś wyciek się pojawi przed premierą. Miejcie oczy i uszy otwarte.
Podoba mi się pomysł i konsekwencja młodych jegomościów z Anglii. Mówię tutaj o motywie zarysu facjaty tworzonego białą kreską przewijającym się w teledyskach i na okładkach wydawnictw. Tędy droga. Być charakterystycznym. Wymyślić znak rozpoznawczy. Brawo. Na okładce Settle na jednym krześle znajdują się jak mniemam Guy i Howard w latach wczesnego dzieciństwa z a jakże białymi szkicami twarzy.

30 kwietnia w USA pojawiło się wydawnictwo The Singles zbierające w zwartą całość 3 single zapowiadające długograja Settle: Latch (feat. Sam Smith), White Noise (feat. AlunaGeorge) i You & Me (feat. Eliza Doolittle).
Zawieszę w Czasoprzestrzeni pytanie. Trapi mnie ta kwestia. Jestem ciekaw Waszego zdania. Czy taka ogromna jak na muzycznych żółtodziobów ilość wyświetleń Latch na Jutjub (na 01.05.2013 - 13 milionów z czymś) jest wynikiem zacnego kawałka czy teledysku?


Jak coś to pamiętajcie, że Disclosure, 5 lipca, Gdynia, Tent Stage, Heineken Open'er Festival 2013 ;)

piątek, 7 grudnia 2012

Recka: Kamp! - Kamp! [2012]

Na okładce widzimy kwiat uformowany w charakterystyczny dla Kamp! trapezowy kształt. Kiedyś nawet znałem nazwę tego kwiatka... Jak sobie przypomnę to napiszę jak na niego mówią. Cóż, specem od kwiecia nie jestem, ale za to w temacie muzyki czuję się o wiele swobodniej.
Musieliśmy trochę poczekać na pierwszy longplej łódzkiego tria. Długi jak na dzisiejsze czasy odstęp czasowy między pierwszym nazwijmy to mniejszym wydawnictwem, a dużym. Dotychczas electro popowy projekt wydał dwie EPki (2009, 2011) i dwa single (2009, 2010). Aż w końcu nastał wielki dzień. Debiutancka płyta długogrająca. Czy warto było czekać?
Poranek. Słońce wyłaniające się zza horyzontu, lekki powiew wiatru, rosa błyszcząca na źdźbłach trawy i ptaszki kwilące na koronach drzew. Tak rozpoczyna się pierwszy longplej Kamp!. Dobry początek. Symbolika czegoś nowego. Oaxaca utwór otwierający album Kamp! zgrabnie przeistacza się w Cairo. Co tu dużo mówić. Cairo to utwór, który na swoim koncie chciałby mieć każdy electro popowy zespół. Bez dwóch zdań najjaśniejszy punkt debiutanckiej płyty Kamp!. Wstęp Can't you wait równie dobrze mógłby być żywcem wyciągnięty z openingu jakiegoś serialu z lat '80/'90. Zazwyczaj nie reaguję entuzjastycznie na dźwięk saksofonu. W Can't you wait wyciągam kciuk w górę, szczerzę zęby i co za tym idzie kupuję saksofon w całości. Sulk ni ziębi nie chłodzi, więc o nim rozpisywać się nie będę, ale za to Melt! Ach, ten Melt. Zapowiedziany, jako singiel numer dwa z debiutu. Piosenka, przy, której przypoci czoło nie jedna osoba, nie dwie, a całe tłumy ludzi. Piosenka rośnie w uszach. Co rusz nabiera większego kolorytu. Kolejne zacne przejście tym razem z Melt do Lux Lisbon, który wycisza na chwilę emocje poprzez delikatny snujący się rytm. W końcu przychodzi czas na następną dobrze znaną, osłuchaną petardę - Distance of the Modern Hearts. Ten kawałek równie dobrze mógłby być hitem w latach '80. Odsłuchując International Landscapes przychodzi mi na myśl porównanie z zespołem z OxforduTrophy Wife. Wokale, efekty ogólnie sama kompozycja iście trophywife'owa, a że lubię tą brytyjską kapelę to nie mam zastrzeżeń. Podobnie jak Cairo i Distance of the Modern Hearts piosenkę Heats znałem już wcześniej. Nie było elementu zaskoczenia. Chciałbym wyróżnić również New Frontier. Świeżynka. I to jaka! Rozbudowana popowa kompozycja. 7 minut z hakiem. Początek przypomina mi romans Editorsów z syntezatorami albo dokonania zespołu Kraftwerk. New Frontier to taki progresywny pop. Na koniec trio młodych muzyków zarezerwowało miejsce dla Sirocco, chillowego zwieńczenia prawie 50 minutowego debiutu Kamp! (też trochę trophywife'owy track). Na całej rozciągłości i długości albumu wielki szacunek za wokale. Nie ma fajerwerków, nie są spektakularne, ale trafiają w punkt. Świetnie komponują się z muzyką.
Na moje ucho i nic nie znaczące mniemanie Kamp! to polski towar eksportowy. Gdzie tkwi ich fenomen? Nie wiem. Nie odkrywają przecież muzycznej Ameryki. Może chodzi o to, że nie odkrywają, lecz umiejętnie przywołują. A to niewątpliwie jest duża sztuka. Zaprawdę miło jest przenieść się w zupełnie inną epokę muzyczną słuchając współczesnego zespołu. Trzymam kciuki za dalszy rozwój.

PS. Przypomniało mi się. Kwiat z okładki to anturium ;)

środa, 17 października 2012

Kamp! wreszcie(!) wydaje długograja

Ręka w górę kto myślał, że Kamp! nigdy nie wyda albumu długogrającego! Ulala. O Wy niewierzący, Wy (sam niepewnie podniosłem rękę, ale ciiii... ;P).
W końcu na naszych plejlistach, wieżach i wszelakich innych jestestwach związanych z odtwarzaniem muzyki zagości debiutancki album electro popowego tria. Stanie się to w listopadzie tego roku. Po wydaniu EPki, singla, singla i EPki dyskografia Kamp! zostanie wzbogacona o LP. Pierwsza EPka został wydana jeszcze w 2009 roku. Należy przyznać, że chłopaki długo szlifowali materiał na debiut. Tym samym jeszcze bardziej rozbudzają mój apetyt. Ciekaw jestem co nasz potencjalny towar eksportowy uskutecznił w studiu nagraniowym. Jeszcze chwila cierpliwości Panie Boltzu ;)
Póki co, rzućcie uchem na utwór Sulk. Nie ma siary. Jest mega cacy. Marzycielsko, inteligentnie popowo i przebojowo (CHCĘ WIĘCEJ!!) ;D O, i jeszcze można sobie downloadnąć ;)