Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 lipca 2014

Open'er Festival 2014 [02-05.07.2014] oczami/uszami Pana Boltza

Konsekwentnie, trzeci raz z rzędu na początku lipca zameldowałem się wraz z moją tarnogórską ekipą na muzycznych terenach Lotniska Gdynia-Kosakowo, aby móc uczestniczyć w czterodniowym święcie muzyki. Tym razem Open’er Festival już bez Heinekena w nazwie znowu zaskoczył pogodą. Może nie strzaskałem się na mahoń jak ostatnio, ale biały ślad po opasce na ręce pozostał. Oprócz nieopalonego fragmentu zostało również wiele muzycznych wspomnień, refleksji i doświadczeń. Nie będę ich trzymał tylko dla siebie. Podzielę się z Wami. Po przyjeździe do domu uruchomiłem rozklikane paluszki i uskuteczniłem relację z Open’er Festival 2014. Kto spodobał mi się najbardziej, a czyje koncerty delikatnie mówiąc nie znalazły mojego uznania? Tak to widziałem i słyszałem.  

Dzień I – 02.05.2014  

Hanimal, czyli rozpoczęcie Open’era na leżąco. Słuchanie twórczości Hanimal w pozycji horyzontalnej, śledząc przemijające chmury na niebieskim niebie będę wspominał długo. Wspaniałe rozpoczęcie Open’era na scenie Here & Now. Lubię folkowy, song-writerski klimat. Miałem niekłamaną przyjemność usłyszeć Hanimal raz jeszcze w centrum Gdyni na scenie dworcowej tym razem leżakując. W obu przypadkach byłem ukontentowany poziomem występu. Warto zapamiętać tę nazwę.

Kolejnym przedstawicielem polskiej alternatywny, którego postanowiłem doświadczyć w wersji live był Eric Shoves Them In His Pockets. Luz, amerykański sznyt, gitary i uśmiech na twarzy. Przesympatyczni Chłopcy. Z wielką przyjemnością wrócę do odsłuchu płyty Walk It Off. Chętnie wpadłbym jeszcze raz na ich koncert i gdy będę miał taką okazję chętnie z niej skorzystam.

Polska alternatywa w natarciu. Moim następnym punktem pierwszego dnia Open’era był zespół Fair Weather Friends. Czego dowiedziałem się po koncercie FWF w Tent Stage? Otóż utwory z EPki Eclectic Pixels wciąż kopią. Słychać, że zespół ewoluuje. Aranżacje się zmieniają. Trochę obawiam się, że kompozycje spoza minialbumu już nie mają zabójczych melodii. Są trudniejsze w odbiorze. Być może dlatego mniej mi się podobały. Oby to była tylko kwestia osłuchania. Cardiac Stuff i Fake Love dobrze rokują. Poczekam z ostateczną oceną do odsłuchu debiutanckiego długograja Fair Weather Friends. Jest to pozycja, na którą wyczekiwałem, wyczekuję i będę wyczekiwał.

Szybka teleportacja (fajnie, by było) na Open’er Stage, a tam stary, dobry Interpol. Po trzech latach (CLMF w Krakowie) znów miałem okazję posłuchać zespołu ze szczytu mojej listy naj, naj, najszych wykonawców. Abstrahując od spadku jakości, który przydarzył się Amerykanom na poprzedniej płycie wciąż darzę Interpol szczerym muzycznym uczuciem. Ciekawe czy moja sympatia przetrwa kolejną niewystarczająco godną płytę. Przekonam się o tym już we wrześniu. W gdyńskiej setliście Interpola znalazły się jak dobrze pamiętam trzym kawałki zapowiadające nadchodzącą płytę El Pintor. Nie rzuciły mnie na kolana. Jedynie All The Rage Back Home „zagrało” od razu. W nowych piosenkach nie ma tego „czegoś” z czasów debiutu. Odwołując się jeszcze do ogółu koncertu chciałbym zwrócić uwagę, że chyba coś było nie tak z wokalem Paula Banksa. Nie mam tutaj na myśli jego koncertowej formy. Uważam, że wokal frontmana Interpola był za głośno. Raził w ucho. W każdym razie pośpiewałem sobie swoje ulubione piosenki, pobujałem się i generalnie jestem zadowolony. Teraz trzymam kciuki, żeby nowy album nie zawiódł.

Na tegorocznego Open’era udało się (w końcu!) ściągnąć jedną z największych nazw w muzyce rockowej. Pierwszym headlinerem Open’era 2014 był duet The Black Keys. Nawiasem mówiąc raptem dzień po występie pojawiła się informacja, że w lutym 2015 znów wpadną do Polski. Koncert Czarnych Kluczy postanowiłem zobaczyć z bliska. Jak się okazało był to błąd. Ani sobie nie poskakałem, ani nie pooglądałem. Tyle dobrze, że coś słyszałem. Walka o przetrwanie. Ech, po cholerę pchać się do przodu, żeby się miziać w parach, trójkątach i innych figurach geometrycznych, stać jak słup soli, albo brać pierdylne plecaki wypchane po brzegi i cisnąć się do samego młyna? Przód jest dla najaktywniejszych. Abecadło koncertowe się kłania. Zgadnijcie czym to się skończyło. Do połowy koncertu panowały masowe migracje z przodu do tyłu z narzekaniem i agresją w oczach, bo „jak można na koncercie rockowym skakać?!”. Spuśćmy zasłonę milczenia. Skupmy się za to na walorach artystycznych koncertu The Black Keys. Kapela z USA dołączyła do grona wykonawców, którzy po prostu odtwarzają swoje utwory w stosunku 1:1. Moja percepcja była zaburzona sami wiecie czemu. Jednak nie wychwyciłem elementu różniącego nagranie z płyty z wersją koncertową. Lubię jak coś się dzieje w tych osłuchanych setki razy, znanych wzdłuż i wszerz piosenkach znanych z albumów studyjnych. To, że Panowie grać potrafią to żadna tajemnica. Klasa. Lata grania słychać na pierwszy rzut ucha. Był to naprawdę zacny rockowy gig. Zwieńczenie w postaci wykonania kawałka Little Black Submarines zaśpiewanego przez Dana Auerbacha wspólnie z festiwalowiczami – przepiękne. Ciary.

Mniej lub bardziej chętnie skierowałem się z ekipą w stronę Tent Stage. Tam nadeszła kolej na siostry HAIM. Podobno koncertowo żadna rewelacja. Dementi. Dziewczyny zrobiły na mnie wielkie wrażenie. To był jeden z najzacniejszych koncertów, na których byłem na tegorocznej edycji Open’era. To nic, że Pani basistka robiła przerażające miny. Nie wiedziałem, czy mam uciekać, czy zostać. Este Haim bardzo przeżywa generowaną przez siebie i siostry muzykę (może nawet za bardzo). Warto również wspomnieć, że rodzeństwo wspierał perkusista Dash Hutton. Wspominam o nim nieprzypadkowo, bo moim skromnym zdaniem odwalał kawał dobrej roboty. Podsumowując występ młodych Pań z USA wyciągam kciuk wysoko w górę. Zaskoczenie. Nie sądziłem, że to zrobię. Bardzo strawny rockowy gig.

Na zakończenie pierwszego dnia trzynastej edycji Open’er Festival wpadłem na chwilę do Beat Stage zobaczyć część składową The xx. Jamie xx stał za deckami. Długo się rozkręcał, więc postanowiłem sobie odpuścić. Zmęczenie dało o sobie znać. Właściwie to końcówkę jego seta słyszałem w namiocie. Brzmiała obiecująco.

Dzień II – 03.07.2014 

Na dobry (może niekoniecznie) początek dnia wybrałem Call The Sun na Here & Now Stage. Słyszałem krótko, więc długich wywodów nie będzie. Były zespoły, które wywołały lepsze wrażenie. Chłopaki lepiej bawili się niż publika. Cóż, uroki początkujących zespołów.

Przystanek nr dwa – Alter Stage i tajemnicza Kuroma. Szczerze? Nie przyciągnęli mnie niczym. Wręcz odrzucili. Kojarzyli mi się z bandą niespełnionych muzyków, którzy już od średniej szkoły próbują zrobić karierę muzyczną, ale im nie wychodzi. Bez żalu oddaliłem się do Tent Stage, aby doświadczyć nausznie i naocznie mocnej nazwy na polskiej scenie alternatywnej, jaką jest projekt Pustki.  

Pustki mają swoich fanów. We mnie nowego fana nie znaleźli. Nie znalazłem u nich niczego dla siebie. Słaba passa drugiego dnia została podtrzymana. Pełen obaw z każdym krokiem zbliżałem się do Open’er Stage i następnego przystanku na rozpisce.

Doskonale pamiętam jaki swego czasu szum w internecie zrobił MGMT. To były początki mojej fascynacji szeroko pojętą alternatywą. Gdy na Open’er Stage zobaczyłem muzyków Kuromy towarzyszącym MGMT to w myślach przemknęła mi myśl, której nie godzi się cytować w relacji. MGMT koncertowo to bieda z nędzą. Co będę dużo pisać. Bez ikry. Zabrakło mi zaangażowania. Nawet hiciory były jakieś niemrawe. Za to psychodeliczne animacje na duży plus. Muszę przyznać, że były jakościowe.

Przystanek nr pięć, czyli Here & Now Stage i Dziewica. Tak, tak. to po duńsku dziewica. Jej pierwsza wizyta w naszym kraju. Elegancko, że zgromadziła sporo ludzi po sceną. Ludziska wyczuli, że warto zameldować się na jej występie. Gdyby jej występ nie nakładał się na Australijczyków z Jagwar Ma chętnie pobujałbym się dłużej w rytm całkiem niezłych kompozycji duńskiej wokalistki. Z żalem i wahaniem opuszczałem jej koncert, no, ale Jagwar Ma… Widzę/słyszę w MØ nową siłę w europejskim electro popie. Duży potencjał. Trzeba ją obserwować.

Przystanek nr sześć. Say hello to Alter Stage again. Ciekawostka. Jagwar Ma już rok temu można było usłyszeć na Open’erze. „Co on pisze! Przecież ich nie było!”. Pewnie, że nie było. Jagwar Ma dało się usłyszeć przechodząc przez parking samochodowy na terenie festiwalu. Jam to nie chwaląc się sprawił. Już wtedy widziałem ich w przyszłorocznym line-upie. Wróż Bolesław Wam wywróżył. Jagwar Ma to czołówka najlepszych koncertów tegorocznej edycji. Dwa razy. Dwa razy miałem ciary! Odbijałem się od podłogi niczym piłeczka. Nie potrafiłem ustać w miejscu. A oni to wciąż robili! Wciąż zmuszali mnie do wykonywania mniej lub bardziej kontrolowanych ruchów. Come and Save Me jest moim hymnem festiwalowym Open’era 2014. Wychodząc z koncertu rozmawiając z moimi towarzyszami postawiłem tezę, że mamy do czynienia z kimś na miarę nowych Crystal Fighters. Podtrzymuję. Wrócą niebawem i znowu przekonamy się o ich jakości.

Oddech wyrównany, napoje spożyte, więc pora zbierać się na Pearl Jam. Nigdy nie przepadałem za tym zespołem, ale trzeba oddać, że ich koncert na Open’erze był pierwszorzędny. Headliner pełną gębą. Eddie Vedder i spółka to obowiązkowa pozycja dla każdego prawdziwego fana muzyki rockowej. Wokalista miał bardzo dobry humor. Nieudolne próby mówienia po polsku były bardzo urocze. Momentami było wręcz kabaretowo. Vedder zdradził, że jeden z muzyków zapomniał wziąć paszportu i trzeba było wykorzystać kontakty, aby koncert w ogóle mógł dojść do skutku. Zaiste występ Pearl Jam był jednym z najjaśniejszych punktów Open’era 2014. Musiałem wyjść przed zakończeniem, gdyż musiałem dostać się do Tent Stage, a odległość pomiędzy scenami jest spora. Szedłem tyłem łapiąc dźwięki płynące ze sceny i próbowałem dostrzec coś na telebimie. Przybijam ze sobą piątkę. Na nikogo nie wlazłem i nie wywaliłem się na żadnej dziurze.

Teraz czas na kilka słów o Darkside. Zarzut odtwarzania piosenek z albumów studyjnych kropka w kropkę kreska w kreskę na koncertach duetu Dave Harrington i Nicolas Jaar nie obowiązuje. Koncertowe oblicze duetu łączącego rock z elektroniką jest diametralnie inne niż to, które znamy z nagrań. Przede wszystkim przeszywający na wylot bas. Dało się go odczuć na każdym fragmencie ciała. Spodziewałem się trochę innego koncertu. Nastawiłem się na mniejszą ingerencję w kawałki, które poznałem za sprawą albumu studyjnego. Nie wiem, czy nie był to dla mnie zbyt duży szok, związany z przeskokiem z brzmienia z płyty na koncertowe, czy trochę zmęczenie dało o sobie znać. Nie mogę napisać, że się zawiodłem, bo to było ogromnie ciekawe doświadczenie. Dałem się zaskoczyć i przez to jestem nieco skonfundowany jeżeli chodzi o ocenę tego koncertu.

Na koniec drugiego dnia Open’era 2014 wybór padł na Rudimental. Poszedłem z przekonaniem, że postoję chwilę i grzecznie oddalę się w celu uzupełnia płynów, bo dbanie o gospodarkę wodną jest bardzo ważne. A tutaj zaskoczenie. Zabawa, radość, taniec - zestaw podany w bardzo zjadliwy sposób. Wykrzesiłem z siebie resztkę sił i zmusiłem się powyginać swoje ciało w przedziwne nienaturalne dla siebie pozycje, czyli musiało być coś na rzeczy. Nie zmieniam swojej standardowej pozycji z byle powodu.

Dzień III - 04.07.2014

Dzień rozpoczął się wielce uroczo i radośnie. Rozglądając się za strawą, która doda sił na cały wieczór i noc spotkałem Panią Agnieszkę Szydłowską. Postanowiłem wykorzystać ten fakt i zrobić sobie z Nią zdjęcie. Jak jakimś cudem będzie Pani czytać tę relację to chciałbym bardzo przeprosić, że przeszkodziłem Pani w konsumpcji. To wielki zaszczyt móc zrobić sobie z Panią zdjęcie ;)

Posilony doładowany pozytywną energią po spotkaniu z niezwykle znaczącą osobą dla muzyki alternatywnej udałem się na Here & Now Stage w celu posłuchania Bulbwires. Słyszałem dwie piosenki. Czy powinienem oceniać po usłyszeniu tylko dwóch tracków? Czasami wystarczy i taka ilość, żeby wyciągnąć kciuk w górę z wyrazem uznania. Tym razem nie wystarczyła. Nie wykluczam, że jakbym został dłużej to opinia byłaby korzystniejsza. Też mieliście wrażenie, że druga piosenka zaczynała się identyczną perką jak w Howlin’ For You The Black Keys?

Po Bulbwires nie bacząc na dziury, wertepy i inne przeszkody skierowałem kroki w stroną Open’er Stage, gdzie lada chwila miał pojawić się zespół Foals. Jeżeli chodzi o zespół z Oxfordu jestem nieco mniej obiektywny. Brytyjski zespół jest w ścisłej czołówce moich ulubionych projektów muzycznych. Cały czas żałuję, że nie przyjechali do Polski przed wydaniem Total Life Forever. Tęsknię za młodzieńczą fantazją z Antidotes, czyli pierwszej płyty Foals. Było minęło. Na Open’erze 2014 miałem niekłamaną przyjemność posłuchać ich na żywo drugi raz. Ominął mnie deszczowy gig Foals na Open’erze 2011. W październiku 2013 pojechałem doświadczyć ich do Warszawy. Analogie z warszawskim koncertem są dwie. Tło koncertu tworzyły kobry i setlista była praktycznie identyczna. W porównaniu z zeszłorocznym koncertem na występie Foals zabrakło jedynie utworu Total Life Forever. Całe szczęście przynajmniej układ odtwarzanych piosenek się zmienił. Oceniając na podstawie porównania zdecydowanie bardziej podobał mi się występ Open’erowy. Nagłośnienie na Open’er Stage wycisnęło z Foalsów więcej niż w Stodole. Co więcej Yannis Philippakis był w o wiele lepsze formie wokalnej niż na poprzednim występie w Polsce. Nie było balkonu, z którego wcześniej wspomniany jegomość mógłby zeskoczyć. Ograniczył się jedynie do rundy honorowej wokół barierek i krótkiej wizycie w tłumie. Znów nie udało mi się przybić piątki. Do trzech razy sztuka. Na ostatnie trzy utwory (Inhaler, Hummer i Two Steps Twice) wylądowałem w środku jakościowego pogo.

Nie minęło dużo czasu, a wciąż wycierając spocone czoło wylądowałem na Alter Stage, aby zobaczyć w akcji młody rockowy duet z Wielkiej Brytanii - Royal Blood. Zmierzając do celu gdzieś w tłumie usłyszałem opinię wyrażającą wątpliwość, czy Alter Stage wytrzyma ten koncert. Jakże ona była zasadna! Ale o tym za chwilę. Występ Royal Blood oceniam na piątkę z plusem. Nomen omen świeża krew na rockowej scenie muzyki alternatywnej, a już tak wyrachowana i świadoma swojej zacności. Starzeję się i jakoś tak ostatnio stronię od intensywnego pogowania, ale tym razem dałem się wciągnąć. Jeżeli utrzymają swój poziom i kawałki z koncertu będą brzmieć równie dobrze na płycie (debiutancki album Royal Blood ma wyjść w sierpniu 2014) to słyszę w nich potencjał, który może ich wywindować do elity muzyki rockowej. Mocarne brzmienie, świetne melodie i energia płynąca z głośników. Nie dało się ustać. Bilans koncertu: kilka siniaków, rozcięty fragment skóry na dłoni i dziury w deskach w podłodze Alter Stage. Nie dziwię się, że nie wytrzymały. Tłum oszalał ;)

Na koncert Wild Beasts udałem się z chmielowym napojem w ręce. Wiadomo - gospodarkę wodna. Za sprawą Foals i Royal Blood została ona mocno nadszarpnięta. Odcinek między Alter Stage i Tent Stage jest na tyle długi, że na spokojnie uzupełniłem płyny. Zdążyłem idealnie na pierwszy utwór. Była nim piosenka Mecca z najnowszej płyty Dzikich Bestii Present Tense. Ależ te skrajnie różne wokale dobrze ze sobą współpracują! Symbioza głosów Haydena Thorpe’a i Toma Fleminga jest tak oryginalna i korzystna muzycznie, że… No, jest bardzo korzystna. Kompozycje Wild Beasts na żywo brzmią naprawdę dobrze i niezwykle żałuję, że po utworze Hooting and Howling musiałem opuścić Scenę Namiotową z powodu zbliżającego się wielkimi krokami koncertu Pana Johna Anthony’ego Gillisa znanego, jako Jack White.

Szczerze to nie wiedziałem, że Jack White ma polskie korzenie. Pełne zaskoczenie. To ogromnie miła informacja. W żyłach Jacka Białego płynie polska krew. Trzeci headliner pokazał hart ducha mimo swojej niedyspozycji głosowej i dzielnie walczył do ostatniego dźwięku. Przekonałem się na własne uszy, że Jack White wielkim artystą jest. Oczywiście największą furorę zrobił utwór Seven Nation Army. Szkoda tylko problemów z gardłem. Naprawdę głupio słucha się legendarnego muzyka, który nie może z siebie dać wszystkiego, gdyż zdrowie nie pozwala. Tak jak wspomniałem wcześniej mimo wszystko wyszedł obronną ręką z niedogodnej sytuacji.

Kierunek -> Tent Stage. Niby wszystkie kawałki podobne, ale BANKS ma taki sceniczny magnetyzm w sobie, że nie dało się od niej oderwać wzroku i uszu. Warto zwrócić uwagę, że openerowa publiczność przyjęła ją bardzo ciepło. Było tak jak sobie wyobrażałem. James Blake w spódnicy. BANKS ma wszystko, żeby dołączyć do czołówki elektronicznej alternatywy. Szacuneczek dla Mikołaja Ziółkowskiego za to, że trzyma rękę na pulsie i decyduje się zapraszać nie tylko gwiazdy, ale i wykonawców z dużym potencjałem.

Albo ten koncert był za późno, albo byłem zmęczony, albo Lykke Li się nie chciało. Jak na pierwszy duży koncert w Polsce Lykke Li nie zostawiła po sobie mega pozytywnego wrażenia. Gdybym nie darzył najnowszej płyty tak wielkim sentymentem to nie zostałbym do końca występu. Lykke Li dała koncert, którego nie będę wspominać. Nawet się dobrze koncert nie zaczął, a Lykke Li już rzuciła, że publika wymiata i jesteśmy najlepsi i tamtaramtam. Bardzo miło było usłyszeć ulubione kawałki z tegorocznej płyty I Never Learn, ale to naprawdę tyle. Z tego koncertu najbardziej zapamiętam odwrót publik po piosence I Follow Rivers. Wyglądało to tak jakby ludzie dostali rozkaz natychmiastowego ulotnienia się.  

Dzień IV - 05.07.2014

Na pierwszy ogień poszedł Daniel Spaleniak. Dużo o nim czytałem nigdy go nie słuchałem. 4 lipca zdecydowałem się skorzystać z okazji wysłuchania go na żywo. Były fragmenty, w których jego wokal kojarzył mi się z Tomem Smithem z Editorsów. Muzycznie intrygująco. Daniel Spaleniak okazał się być nie lada buntownikiem. Mimo rozkazu o wykonaniu ostatniego kawałka zdecydował się zagrać dwa. Nie zdziwcie się jak długo na Open’erze go nie zobaczycie.

Słuchając koncertu Plastic w Trójce byłem zachwycony. Poprzeczka poszła w górę. Plastic na żywo na Open’erze trochę mnie zawiódł. Spodziewałem się czegoś więcej. Trącało nijakością.

Brak internetu, rozładowane telefony i inne utrudnienia blokujące dostęp informacji sprawiły, że niczego nie świadomy oczekiwałem na koncert The Dumplings. Jak się okazało z powodu kłopotów zdrowotnych wokalistki koncert zabrzańskich Pierożków został odwołany. To co? Chyba znamy pierwsze ogłoszenie Open’era 2015 ;)
W zamian za The Dumplings wystąpiły Domowe Melodie. Mega pozytywne zaskoczenie. Ależ ten występ był pocieszny! Błyskotliwe, inteligentne teksty kontra wpadające w ucho melodie. Świetnie się bawiłem. Jak dla mnie jeden z najjaśniejszych punktów tegorocznego Open’era. Osoby obserwujące koncert na siedząco na koniec występu postanowiły nagrodzić zespół owacją na stojąco.

Legenda polskiej alternatywy. OFF Festival na Open’erze. Artur Rojek. Drodzy moi, materiał z albumu Składam się z ciągłych powtórzeń w wersji koncertowej brzmi do-sko-na-le. Pełna profeska zarówno po stronie dźwiękowej jak i wizualnej. Ciepło wspominam sreberka z logo Artura Rojka wystrzelone, żebym nie skłamał, bodaj przy piosence Syreny. Świetnym pomysłem było też zaproszenie na utwór Beksa dwóch chórów. Z jednej strony seniorki, a z drugiej dzieciaczki. Ach. Pięknie było. Rojek = Mistrz. Niech się młodzi uczą od Mistrza.

Zostajemy w Tencie. Zespół Daughter został bardzo gorąco przyjęty. Openerowicze to świadomi słuchacze. Raz jeszcze o tym się przekonałem. Daughter to kolejny projekt, który zawładnął Tentem. Wokalistka, Elena Tonra to cholernie skromna i nieśmiała dziewczyna. Entuzjastyczna reakcja fanów zdawała się ją peszyć. Obie strony były na tyle zadowolone z koncertu, że zaowocował on deklaracją o rychłym przybyciu brytyjskiego projektu w nasze gościnne polskie progi.

Między Daughter i Warpaint odwiedziłem na chwilę Here & Now Stage, a tam produkował się Bastille. Załapałem się na życzenia urodzinowe dla Woody’ego – perkusisty. Nie trafiłem za to na dwa hity Bastille’a, które znam i lubię. Oczywiście mowa o Pompeii i Things We Lost In the Fire. Z perspektywy słuchacza ochraniającego tyły muszę przyznać, że frekwencyjnie Bastille nie miał się czego wstydzić.

Szybciutki powrót do Tent Stage, a tam Warpaint. Tym Paniom kibicowałem już od BBC Sound of 2011. Po czterech latach miałem okazję sprawdzić na żywo, czy prawidłowo zainwestowałem swoją muzyczną sympatię. Przybijam ze sobą piątkę. Koncert Warpaint zostanie w mojej pamięci na długo. Piękny występ. Piękno można tutaj rozumieć dwojako. Zarówno w aspekcie muzycznym jak i wizualnym (Jenny Lee Lindberg – ślę wirtualne serduszka). Kompozycje Warpaint w wersji live dostają blasku. Brzmią lepiej, bardziej energicznie i hipnotycznie. Warpaintki dały radę. Jestem ukontentowany. Jeszcze w ramach ciekawostki dodam, że perkusistka świetnie mówi po polsku.

Wracając z Tenta trafiłem na Phoenix. Zaiste bardzo widowiskowy, imponujący i rozłożony w czasie crowdsurfing wokalisty. Właściwie to tyle widziałem. Muzycznie było obiecująco, ale sami rozumiecie – Warpaintki były większym priorytetem.

Ociągając się z żalem opuszczałem teren festiwalu. Moim zdaniem line-up Open’era 2014 był naprawdę nienajgorszy. Dużo nowości, wielkie nazwy i kilku wykonawców, którzy pojawili się w Polsce pierwszy raz. Tak sobie myślę, że w świetle zaistniałej sytuacji czytaj utraty sponsora tytularnego Alter Art poradził sobie całkiem nieźle. Podwyżki były nieuniknione. Myślę, że za rok będzie tylko lepiej. Zostaną wyciągnięte wnioski i organizatorzy wykorzystają tegoroczną edycję do jeszcze lepszego poradzenia sobie w nowych realiach. Może uda się skłonić większą ilość osób do przybycia na wielkie święto muzyki jakim niewątpliwie jest Open’er Festival. Jak tylko będzie zdrowie i pieniążki to widzimy się za rok.

poniedziałek, 31 marca 2014

Before Tauron Nowa Muzyka 2014: Moderat [29.03.2014] oczami/uszami Pana Boltza

Wracając do domu z październikowego koncertu Foals wraz z mymi kompanami zastanawiałem się, który twór muzyczny chciałbym bardzo, ale to bardzo zobaczyć na żywo (pierwsze miejsce się zwolniło - Foalsi zaliczeni). Doszedłem do wniosku, że niezwykle zależy mi na usłyszeniu i zobaczeniu zespołu Moderat. Raptem miesiąc później dotarła do mnie ociekająca zacnością informacja o ponownym przyjeździe Niemców do Polski. Mówisz - masz Panie Boltzu. Niezwykle fortunne okazało się również umiejscowienie koncertu Moderatu. Cenię eventy muzyczne odbywające się w mojej okolicy (z przyczyn czasowo-finansowych). 29 marca niemieckie trio zagrało koncert w Galerii Szyb Wilson w Katowicach na Nikiszowcu. Tym razem zaprezentowali się na polskiej ziemi w ramach Before Tauron Nowa Muzyka 2014.

Jednak zanim na scenę wkroczył Moderat dowodzenie muzyczne przejmowali kolejno: c.h.district, ZAMILSKA i Alex Banks.

Już przy pierwszych dźwiękach muzyki generowanej przez c.h.district stwierdziłem, że nagłośnienie nie będzie utrudniało doświadczania twórczości poszczególnych artystów. Doceniam, że nie zdecydowano się podkręcić basu do poziomu "łamacz żeber". A wracając do twórczości samego projektu c.h.district chciałbym napisać, iż jestem pod wrażeniem. Kawał dobrej elektroniki. Początek występu oceniam korzystniej. Pierwszy kontakt był zbyt pozytywny. Z minuty na minutę traciłem koncentrację i entuzjazm opadał. Bądź, co bądź podobało mi się i nazwa c.h.district będzie mi się dobrze kojarzyła.
W tym miejscu chciałbym przybić wirtualną piątkę z Panem Świetlikiem, który wielce zacnie kręcił światełkami. Kawał dobrej roboty, Psze Szanownego Pana.

Następnie nadszedł czas Pani, która identyfikuje się nazwiskiem ZAMILSKA. Myślę ZAMILSKA słyszę utwór Quarrel, który odtwarzam w domowym zaciszu całkiem niecicho (ku rozpaczy sąsiadów). Ta Pani znacznie przyczyniła się do mojego rozwoju muzycznego. Gatunek prezentowany przez młodą twórczynię nie gości zbyt często w moich odtwarzaczach. Nie znam, aż tak dobrze sceny, której reprezentantką jest mieszkanka Katowic, ale jako człek z zewnątrz z wypiekami na twarzy czekałem na jej koncert. Cóż mam napisać? Jest potencjał. Widać również, że ZAMILSKA ma poparcie ludzi, a to jest cholernie ważne. Będę obserwował i trzymał kciuki za dalszy rozwój (debiutancki album UNTUNE ma się pojawić na przełomie kwietnia i maja 2014) chociaż sam koncert jakoś specjalnie mnie nie poruszył. Było trochę zbyt monotonnie.

Bezpośredni support przed gwiazdą wieczoru zapewnił Alex Banks z Wielkiej Brytanii. Banks - swoją drogą bardzo muzyczne nazwisko, Paul Banks z Interpola, elektroniczne odkrycie BANKS z Los Angeles, teraz jeszcze Alex Banks. Taka refleksja.
W przypadku Brytyjczyka fajerwerków ze światłem nie uświadczyliśmy. Jego sylwetka była podświetlona pojedynczym słupem niebieskiego światła. Minimalizm pełną gębą. To wcale nie znaczy, że było źle. Oszczędnie, ale godnie. Pan Banks pozostawił dobre muzyczne wrażenie. Znowuż troszku doskwierała mi monotonia i coś na kształt przewidywalności, ale nie będę zrzędzić. Generalnie jestem zadowolony. Zna się chłopak na rzeczy i trzeba mu to oddać.

Już 30 marca, czyli po północy na scenie pojawiły się trzej odziani w czerń znajomo wyglądający Panowie. Przed koncertem przestudiowałem setlistę zespołu Moderat z poprzednich koncertów i mniej więcej znałem kolejność/skład piosenek. Muszę zaprzestać tej czynności, bo tracę element koncertowego zaskoczenia. W każdym razie złego słowa na temat setlisty nie powiem. Dla mnie bomba. Wszystkie najbardziej cenione przeze mnie tracki się pojawiły. Począwszy od New Error, Rusty Nails przez nowsze Bad Kingdom i Therapy zamykające koncert. Zaskakująca sytuacja wydarzyła się przy piosence Bad Kingdom. Pod koniec utworu padło nagłośnienie(?). Stawiam znak zapytania, ponieważ sam nie wiem, czy to zabieg celowy, czy tak wyszło. Na pewno jest to eksces, który będę wspominał.
Niezła heca z tym multimedia show. Szczerze przyznam, że przynajmniej z pięćdziesiąt procent koncertu spędziłem z zamkniętymi oczami. Tak działają na mnie przepiękne melodie Moderat. Panowie otwierają wrota do zjawiskowego muzycznego świata. Pobłądziłem sobie w nim. A jak już otwierałem oczy wyrywając się z muzycznej ekstazy raczyłem się widowiskowymi wizualizacjami. Fantastyczne doświadczenie. W połączeniu z majestatycznym brzmieniem tworzyło to solidną całość. Potężny przekaz. Chociaż nazwijmy to nieco kontrowersyjne zachowanie grupki osób widzów/słuchaczy znajdujących się nieopodal skutecznie próbowało mnie rozproszyć (myślałem, że na koncertach widziałem już wszystko - oj, nie) dzielnie utrzymywałem skupienie. Dziękuję Moderat, albo raczej danke schön.

Na koniec organizatorzy zaserwowali zgromadzonym DJ set Terranovy. Przyznam, że trudno było ustać w miejscu. Kciuk w górę.

Poszerzyłem muzyczne horyzonty, zaliczyłem kolejne genialne miejsce na koncertowej mapie i doświadczyłem muzycznej zacności projektu Moderat. Wieczór/noc spod znaku pozytywnych odczuć. Znowu zwolniło mi się miejsce na liście wykonawców, których muszę zobaczyć w wersji live. Muzyczny świat nie stoi w miejscu i puste miejsce zostanie wypełnione. To mogę obiecać.

piątek, 21 lutego 2014

BOKKA [20.02.2014] oczami/uszami Pana Boltza

Jazz Club Hipnoza. Kiedy ostatnio przekroczyłem muzyczne progi katowickiej Hipnozy? Aż wstyd się przyznać, ale ostatni raz na koncercie byłem tam w 2010 roku. 24 września i gorrrący koncert The Whitest Boy Alive - pamiętam jakby to było wczoraj. Po 4 latach wróciłem do Hipnozy za sprawą tajemniczego, zagadkowego i bardzo obiecującego polskiego projektu BOKKA, aby doświadczyć empirycznie jak ich muzyka brzmi na żywo.

Nie lubię pisać źle o polskich projektach muzycznych, ale tym razem subiektywizm zmusza mnie do dorzucenia pół łyżki, no maksymalnie jedną łyżkę dziegciu do beczki miodu. Dzień po koncercie przesłuchałem sobie debiut zespołu BOKKA i utwierdziłem się w przekonaniu, że kawałki zgromadzone na tejże płycie można było zagrać nieco lepiej. Może za mocno napompowałem sobie balonik z napisem BOKKA? Odnoszę wrażenie, że anonimowość/tajemniczość/zagadkowość obróciła się przeciw nim. Jednak jak można artyście spojrzeć w oczy to jakoś tak człowiek bardziej mu wierzy. Rozumiem, że założeniem zespołu jest utrzymanie takiego stanu rzeczy. To dziwne uczucie nie wiedzieć kto zacz. Członkowie zespołu przyodziali białe kostiumy ochronne, a część twarzy osłaniali czymś na kształt maski do nurkowania. Nie ukrywam, że bardzo, ale to bardzo duży wpływ na odbiór koncertu miało ogromne spóźnienie. Wszędzie można było natknąć się na komunikat jakoby planowo koncert miał się rozpocząć o godzinie 20:00. Pierwsze dźwięki generowane przez zespół zarejestrowałem koło 21:10. Po fakcie dowiedziałem się, że godzina rozpoczęcia została zmieniona na 21:00. Osobiście nigdzie nie natknąłem się na taką informację. System komunikacji ewidentnie zawiódł. Szkoda, bo miało to wpływ na mój odbiór koncertu. Zniecierpliwienie dało o sobie znać.
Na początku koncertu zespół zdawał się być sztywny. Nawet świetny kawałek Town of Strangers zabrzmiał nieciekawie. Drugie wykonanie na bis było o wiele korzystniejsze. BOKKA to projekt specyficzny. Członkowie celebrują swoją anonimowość, tworzą niewidoczną barierę poprzez brak bezpośredniej interakcji słowem mówionym. Pojawiały się tylko komunikaty pisane na wizualizacjach w tle. Słabsze wrażenie próbuję też wytłumaczyć brakiem doświadczenia koncertowego. Mam świadomość, że jest to ryzykowne, bo nie mam pojęcia kto tworzy ten zespół. Zapewne nie są to początkujący muzycy. Chodzi mi tutaj o brak ogrania koncertowego już jako BOKKA. Z każdym koncertem powinno być lepiej.
Muszę oddać szacunek dla Pani na wokalu. Ma coś z Karin Dreijer i to jest duży, olbrzymi wręcz komplement. Bez dwóch zdań oceniam Ją jako najjaśniejszy punkt projektu BOKKA. Koncertowa setlista zawierała zarówno utwory z debiutu jak i nowe spoza tego wydawnictwa. Przyznaję, że nieznane utwory brzmiały niezwykle zacnie. Chętnie posłuchałbym ich w wersji studyjnej. Sugeruję jednak, by nie spieszyć się z kolejnym wydawnictwem. Spośród utworów znanych z debiutu z 2013 roku wyróżniam wykonanie utworu Reason oraz K&B. Tak jak wspomniałem drugi wykon hiciora Town of Strangers też był całkiem, całkiem. Skłamałbym gdybym napisał, że nie było momentów. Fragmentami dałem się wciągnąć do ich kosmosu. Początek koncertu był niepewny. Końcówka była jednak pewniejsza. Nagłośnienie też nie pomagało. Za dużo basu. Zdecydowanie. Myślę, że subtelniejsze brzmienie bardziej by im pasowało.

Na tę chwilę czuję niedosyt, ale daję im czas. Powtarzam to o czym pisałem wcześniej. Z koncertu na koncert powinno być coraz lepiej. Pierwsze koty za płoty i w ogóle.

poniedziałek, 18 listopada 2013

UL/KR [17.11.2013] oczami/uszami Pana Boltza


Niegdyś nadużywałem wyrazu klimat. Irytowało mnie to. Aż w końcu postanowiłem rozpocząć walkę ze słownym nałogiem. Sytuacja zmusiła, aby zawiesić narzuconą przez siebie przerwę. Wczoraj byłem na koncercie duetu UL/KR. W kontekście zespołu UL/KR słowo klimat jest kluczowe.

Koncert miał miejsce w reaktywowanym Jazz Club Fantom w Bytomiu. Nigdy wcześniej tam nie byłem. Z relacji bywalców starego Fantoma dowiedziałem się, że kiedyś klub był większy. Po ponownym otwarciu jest znacznie bardziej kameralnie. Dla mnie bomba. Nieobszerne pomieszczania sprawiają wrażenie przytulności. 
Naprzeciwko baru umiejscowiona jest scena przypominająca pokój z oldschoolowymi tapetami. W tych oto okolicznościach architektonicznych przyszło grać zespołowi UL/KR. Kilkanaście minut po 21:00 na scenę wkroczyli Błażej Król i Maurycy Kiebzak-Górski. „No! Nareszcie odrobię zaległości z Open’era!” – ucieszyłem się w duchu. 
Jeżeli ktoś spodziewał się, że Panowie z UL/KR odtworzą swoje piosenki w formie 1 do 1 tak jak zostały nagrane na albumach (UL/KR z 2012 roku oraz Ament z 2013) mógł się solidnie zdziwić. Wykreowałem sobie koncertowe kryterium brzmiące ‘oczekuj nieoczekiwanego’. Duet z Gorzowa Wielkopolskiego sprostał moim oczekiwaniom. Koncert UL/KR był niczym mixtape. Utwory zostały zaprezentowane w formie ciągłej. Mam tutaj na myśli, że następowały jeden po drugim bez chwili wytchnienia (no dobra, były z trzy przerwy na kulturalne przywitanie się, zakomunikowanie, że finito, a później, że będzie bis). Kawałki przenikały się. Niekiedy były odgrywane fragmentarycznie, częściowo. Zostały przearanżowane. I już nawet abstrahując od faktu, że miały taką, a nie inną formę (w sensie fragmentaryczną), o dziwo modyfikacji poddano nawet piosenki z najnowszej płyty. Rozumiem, że mógł się pojawić nowy pomysł na stare kawałki i przez to nastąpiły modyfikacje w ich strukturze, ale, że tak szybko pojawiły się zmiany w świeżynkach? Odważnie i do tego umiejętnie. Uważam, że w tym szaleństwie jest metoda. Dzięki temu zabiegowi nie miałem wrażenia, że słucham płyty. Czułem, że jestem na koncercie, że doświadczam muzyki na żywo. UL/KR jest jednym z tych magicznych zespołów, które potrafią zaczarować przestrzeń. Tworzą niezwykły klimat. Transowa aura, mocne basy, elektroniczności przeróżne no i intrygujący wokal Błażeja Króla tworzą muzyczną metafizykę. Zadziwiające jak smutna muzyka może przysporzyć tyle satysfakcji, a może i nawet radości. 

Dziękuję i obserwuję dalsze Wasze poczynania. Pozdrowienia śle Boltzczysław ;)

środa, 23 października 2013

Foals [19.10.2013] oczami/uszami Pana Boltza

26 marca 2013 roku moje konto bankowe uszczupliło się o 139 złotych polskich. O godzinie 10:04, czyli dokładnie 4 minuty po udostępnieniu do sprzedaży biletów na koncert Foals zostałem szczęśliwym posiadaczem jednego z nich. 19 października 2013 transakcja się ziściła, a autor bloga niejaki Bolesław Kowalski znany jako Pan Boltz doświadczył cudu spełnienia się życzeń urodzinowo-świąteczno-różnokazyjnych. "Spełnienia marzeń!". 19 października jedno z nich się uskuteczniło.

Nie mogę o tym nie wspomnieć. Za sprawą koncertu Foals po raz pierwszy odwiedziłem Warszawę. Jakoś nigdy nie było po drodze, aby pojawić się w stolicy Polski. Przed koncertem wraz z ekipą koncertową (ślę wyrazy szacunku w Waszą stronę moi drodzy kompani ;) ) postanowiliśmy nabić trochę kilometrów i pozwiedzać Warszawę. Odetchnijcie z ulgą. Omijam relację ze zwiedzania.

Mając w nogach długaśne zwiedzanie koło 18:00 ruszyliśmy ku Stodole. Zastała nas niekrótka kolejka. Ale czymże była chwila stania w kolejce przy nadchodzących wydarzeniach. Przynajmniej mieliśmy czas, żeby przeanalizować nadchodzące koncerty w Stodole. Gdy już weszliśmy tak dla odmiany znów czekała na nas kolejka. Tym razem do szatni. W międzyczasie nabyłem drogą kupna koszulkę z europejskiej trasy Foals, którą po koncercie niezwłocznie przyodziałem zastępując tym samym przemoczoną koncertową (jeszcze na koniec zebrałem na klatę część wody wylanej na publikę przez Yannisa).

Wchodzę na salę, lokalizuję scenę, patrzę w prawo - balkon. Uśmiechnąłem się pod nosem. Balkon będzie ważnym elementem koncertu, ale o tym w swoim czasie. O 19:30 ze zniecierpliwieniem czekaliśmy już na występ supportu jakim był zespół No Ceremony///.

Zaskoczenia nie było. Tak jak się spodziewałem występ No Ceremony/// nie wzbudził mojego entuzjazmu. Nie jestem fanem kompozycji tego zespołu. Debiutancka płyta nie powalała na kolana. Piosenki w wersji live niestety też. Odniosłem wrażenie, że nagłośnienie im nie pomagało, nadawało zbyt dużo hałaśliwości. Uważam, że korzystniej brzmieliby gdyby byli bardziej subtelni. Pogibałem się, żeby nie stać jak kołek, ale myślami byłem już gdzie indziej.

Planowo koncert Foals miał rozpocząć się o 21:30. W rzeczywistości pierwsze dźwięki Prelude zabrzmiały koło 21:20. Wszystko zaczęło się od migających świateł. Tło sceny zdobiła grafika z kobrami. W takich okolicznościach stopniowo pojawiały się znajome postacie. Gdy zaczął rozbrzmiewać otwieracz z płyty Holy Fire czułem, że to będzie to. To będzie koncert, o którym będę opowiadał moim wnukom. To są ci panowie. To ich słuchałem i oglądałem przez lata na YouTube. To przy ich muzyce na skórze pojawiały mi się ciarki. Gdzieś w okolicach drugiego utworu jakim był Total Life Forever z... Total Life Forever Yannis Philippakis wspomniał, że pamiętają openerowy koncert z 2011 roku i, że było do bani, bo padało. A tam do bani. Z tego co ludziska mówili to było cacy (smutam, bo nie było mnie w Gdyni).
Po tytułowym tracku z drugiej płyty nadszedł czas na Olympic Airways, czyli setki gardeł skandujące "dis-ap-pear". Dla takich chwil buli się kasę i poświęca czas, aby iść na koncert. Kawałki Foals nie stoją w miejscu. One ciągle ewoluują. Takie Olympic Airways jest jeszcze bardziej skoczne niż kiedyś. Dźwięki gitary generowane przez Jimmiego i Yannisa jednocześnie w kulminacyjnym momencie piosenki po drugim disappear - zacność do sześcianu!
Kolejnym punktem setlisty był kawałek z TLF - Blue Blood. Bicie serducha wybijane przez Waltera na basie, a następnie matematyczne funky, przy którym trudno ustać w miejscu. Możecie sobie wyobrazić co się działo przy My Number. Piosenka otwierająca przed Foalsami drzwi do komercyjnego radio w Polsce. Powiem szczerze, że specjalnie nie przepadam za tym utworem. Jest za bardzo radiowy. Jednak koncertowo kawałek żre po całości.
Nadszedł czas na dwa elementy składowe tegorocznego albumu Holy Fire. Najpierw Providence i pierwszy jak dobrze pamiętam wyskok Yannisa. Jako wprawiony stage diver zrobił to zawodowo. Mocarny kawałek. Gdy myślisz, że się kończy wraca ze zdwojoną siłą. Następnym punktem setlisty był track Milk & Black Spiders. Jeden z tych bardziej nastrojowych. A jeżeli mowa o piosenkach z gatunku klimatycznych proszę ja Was może Spanish Sahara? Proszę bardzo. Tym razem nie w strugach deszczu. W zamkniętym pomieszczeniu. Szkoda, że podczas tego kawałka wyrosły dziesiątki telefonów w tym jeden tuż przede mną. Wolałbym oglądać scenę, a nie czyjś sprzęt rejestrujący. Ale nieważne. Spanish Sahara na żywo. Ile ja czasu spędziłem na odsłuchach tego utworu, ileż ciarek wyrastało podczas wielokrotnych zapętleń. Wielkie przeżycie. Więcej numerów z Total Life Forever nie usłyszeliśmy.
Powrót do debiutu do 2008 roku. Red Socks Pugie. Tak jak wspominałem, ależ te utwory się zmieniają. Nowe tchnienie, nowe życie. Chociaż wcześniej nic im nie brakowało. Tutaj pragnę docenić świetnie skrojone outro. Tyćku post-rockowe rzekłbym. Palce lizać.
Wracamy do Holy Fire. Late Night z dedykacją dla słuchaczy zgromadzonych w Stodole. Late Night z solówką znaną z CCTV Session (zostanie wydana na winylu).
I jeszcze raz Antidotes. Electric Bloom. Jak ten kawałek żre na żywca. Yannis maltretuje bęben, skacze w publikę, zagrzewa, publika szaleje, kontakt, szaleństwo. Jack Bevan wielokrotnie stawał na swoim siedzisku i również zagrzewał do uderzania w dłonie. Walter jak zwykle odwala kawał fantastycznej roboty. Tylko nagłośnienie basu moim skromnym zdaniem pozostawiało wiele do życzenia. Wolałbym, aby bas był czystszy. Edwin ze swoimi elektronicznościami stał sobie z boku. Na froncie szalał Yannis i Jimmy.
No i zeszli. Koniec? Oj, nie!

Wywołani przez setki gardeł i gorące oklaski wrócili, aby postawić kropkę nad i.
Przed bisem zaczęli się naradzać. Efektem zgromadzenia przy okrągłym bębnie Bevana było coś niesamowitego. Ale nas zaszczyt kopnął! W Stodole wybrzmiał pierwszy singiel nagrany z Yannisem Philippakisem - Hummer. Czego jak czego, ale Hummera się zupełnie nie spodziewałem. Wcześniej nie pojawiał się w setliście. Ale w Polsce dzieje się historia. Poczułem się jak na jednym z house party, które niegdyś panowie uskuteczniali.
A teraz czas na pierwszy singiel z Holy Fire. Inhaler. Najlepszości na koniec. Moc gitar w piosence i sekcja rytmiczna w tym utworze. To trzeba usłyszeć na żywo.
Na koniec standardowo Two Steps, Twice. I tutaj wracamy do kwestii balkonu. Jak Philippakis widzi balkon to mu się oczka świecą. W Stodole również postanowił zdobyć wcześniej wymieniony element architektury. Wpełzł i paradował na nim. Stawał na krawędzi balkonu nad stołem realizatorskim. Część drżała, część uwieczniała zdarzenie. Dzięki takim zdarzeniom koncerty pozostają w pamięci na lata. Żadne słowa nie opiszą poziomu zacności wykonu Two Steps, Twice. Ogień!
No i to by było na tyle. Pierwszy klubowy koncert Foals w Polsce przeszedł do historii.

Na koniec trochę matematyki. 14 kawałków. 6 z najświeższego Holy Fire, 4 z debiutanckiego Antidotes i 3 z "dwójki" Total Life Forever. 6 + 4 + 3 = 13. Dodajmy jeszcze jeden ten niespodziewany nr 14. Hummer, czyli pierwszy singiel Foals z Yannisem Philippakisem (wcześniej na wokalu produkował się Andrew Mears). Bardzo zacna setlista. Nie mam zastrzeżeń. I ten Hummer. Och i ach.

Dacie wiarę, że pierwszy klubowy koncert Foals w Polsce odbył się dopiero 5 (słownie: pięć) lat po wydaniu debiutanckiego albumu Antidotes? Aż pięć lat polski klub musiał czekać na jeden z najlepszych koncertowych zespołów na świecie. W głowie się nie mieści. 5 lat! Długo nieprawdaż? Miejmy nadzieję, że chłopaki z Oxfordu szybko do nas wrócą. Należy nadrobić stracony czas ;) Yannis zdradził, że już myślą o następnym albumie.

Pozdrowienia ode mnie dla Was. Total Foals Forever.

środa, 10 lipca 2013

Heineken Open'er Festival 2013 [03-06.07.2013] oczami/uszami Pana Boltza

Strzaskałem się na mahoń. NA OPEN'ERZE! Abstrakcja? A jednak. Tyle słońca! Tyle wygrać!
Było gorąco nie tylko ze względu warunków atmosferycznych. Artyści będący częścią składową tegorocznego Open'era przywieźli w swoich sercach ogień i nie omieszkali się nim podzielić. Relacjo, dziej się!

Dzień 0 - Red Bull Tour Bus na polu namiotowym


Purist - Red Bull Tour Bus przyjechał na pole namiotowe Open'era i przywiózł słowacki zespół Purist. Nigdy wcześniej o nich nie słyszałem. Szału nie było. Skoczne electro popowe kawałki. Jeden czy dwa się wyróżniały reszta toporna.

Kamp! - W końcu! Nie wierzę! W końcu zobaczyłem Kamp! na żywo. Wykonałem przynajmniej 3 podejścia, aż w końcu na drugim końcu Polski udało mi się ich naocznie i nausznie doświadczyć. Wcale się nie dziwię, że bilety na ich koncerciwa tak szybko się wyprzedają. Choreografia chłopaków, która nazwę "nóżka pracuje" w sumie nawet pasowała do pola namiotowego. Podobny ruch wykonują ludzie używający pompki do materaca. Kamp! poradził sobie w plenerze, a co do tego miałem obawy. Mimo wszystko kolejny raz chciałbym ich zobaczyć w klubie. Rozbudowane kawałki z LP i pozostałych wydawnictw świetnie sprawdzają się na żywo. Przezacny openerowy before.


Dzień nr 1

Dawid Podsiadło - Młodość w natarciu. Debiutant z 93' rocznika, który wypłynął dzięki X Factorowi. Elegancko, że katalizator kariery w postaci wygranej w talent show przypadł właśnie jemu. Ma chłopak warunki na granie i wykorzystuje je należycie. A jaki on skromny! No chyba najskromniejszy artysta, jakiego widziałem. Na początku koncertu sprawiał wrażenie wręcz speszonego ilością osób w Tent Stage. Między piosenkami z charakterystycznym dla siebie stylu rozbawiał publikę licznymi zabawnymi tekstami. Zapożyczam od niego stwierdzenie, którego użył oceniając frekwencję i widok ze sceny: "w skali piękna - bardzo piękne". Czyż nie urocze? ;) Comfort and Happiness świetnie brzmi na żywo. Powodzenia Kudłaty Kolego!

Mikromusic - Pani Natalia Grosiak bardzo ładnie śpiewa. Może się pochwalić ciepłym, nastrojowym wokalem, który zacnie współgra z jazzującą muzyką graną przez towarzyszy Pani Grosiak. Piękny początek mojej przygody z Mikromusic.

Editors - Priorytetowo traktowałem zespoły, których jeszcze nie widziałem na żywo, więc Editorsów oglądałem z daleka w oczekiwaniu na Vavamuffin. Obawiałem się, że po nowej płycie Editorsi za przeproszeniem spuszczą z tonu, ale koncertowo jednak wciąż żywioł. Ostatnia płyta delikatnie mówiąc mi nie siadła. Ach, nawet nie będę mówił jak bardzo mnie rozczarowała. W Gdyni podobnie jak 2 lata temu w Krakowie - ogień. Stare utwory dalej "żrą".

Vavamuffin - W końcu udało mi się zobaczyć/usłyszeć Vavamuffin na żywca! Największy entuzjazm wywołały u mnie utwory z pierwszej płyty. Może, że najbardziej osłuchane? Don Gorgone, Reggaenerator i Pablopavo tworzą przezacne trio. Dla każdego wielki szacun. Front frontem, ale i tyły odwalały kawał dobrej roboty. Bujało aż miło. Pozytywnie! Zawodowcy.

Savages - Załapałem się na ostatnie 2 kawałki. Żałuję, że tylko na dwa. Choć album Silence Yourself nie wydał mi się wybitny, koncertowo panie radzą sobie rewelacyjnie. Rockowy pazur, hałasu co niemiara - lubię.

Alt-J - Jeszcze na dłuższą chwilę przed koncertem po namiocie rozchodziło się głośne "Andrzej, Andrzej". Głupich skojarzeń nigdy za wiele ;) Andrzej nie wyszedł. Wyszli za to wielbiciele trójkątów z Wielkiej Brytanii. Alt-J sprawiali wrażenie zdziwionych tak ciepłym przyjęciem, a przecież An Awesome Wave to przynajmniej w moim odczuciu czołówka najlepszych albumów 2012 roku. Cieszyłem się ze sposobności skonfrontowania studyjnego oblicza Alt-J z koncertowym. Wynik. Korzystny dla Alt-J. Drżałem o fragmenty śpiewane a cappella. Jak się okazało niepotrzebnie. Jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić to jakiś niedowład nagłośnieniowy gitary czy coś w ten deseń przy kawałku MS. Szkoda, bo ten gitarowy motyw jest niezwykle smakowity. Zacny gig. Nie ma to tamto.

Crystal Castles - Mój pierwszy raz z Crystal Castles. Słyszałem różne opinie na temat koncertów kanadyjskiego duetu. Skrajne. Od zarzutu degrengolady po duchowe katharsis. Ja jestem niezwykle ukontentowany. Już pierwszego dnia solidnie sobie poskakałem i pomachałem czupryną. Wszechogarniający mrok, ciemność przecinana, krótkimi aczkolwiek intensywnymi rzutami świateł. Niezły efekt. Pół metra. Pół metra zabrakło mi, żeby dotknąć Alice Glass...

Dzień nr 2

Kim Nowak - Nazwisko Waglewski zobowiązuje. Fisz, Emade wraz z Michałem Sobolewskim zaserwowali solidną dawkę rockowej muzyki. Kim Nowak to nie jest to przełom w muzyce rockowej, ale nie o to tu chodzi. Myślę, że to bardziej taki tribute dla korzeni rockowych. Końcówka koncertu niestety odpuszczona ze względu na wiszącą nad głową ciemną chmurę zwiastującą wodę lecącą z nieba. Kierunek pole namiotowe w celu zaopatrzenia się w kalosze i palerynę, bo jak to mawia Rodzicielka - lepiej nosić niż się prosić. Tylko szkoda, że przez to straciłem kilka koncertów...


Tame Impala - Psychodela w lekkim deszczu plus jakościowe wizuale? Bomba. Cóż więcej dodać. Nie zawiodłem się.

Arctic Monkeys - Ale, że w garniakach?! Jakoś tak ten anturaż mi do nich nie pasuje. Sypnęli hitami ze swoich rękawów marynarek. Począwszy od debiutu o wielce długim tytule (mój ulubiony album) po najnowszy singiel Do I Wanna Know? z nadchodzącej płyty AM. Do setlisty przyczepić się raczej nie można. Zawadiacki Alex Turner ciągle coś dogadywał. Podobały mi się światełka w tle sceny na czymś na kształt rusztowania ułożone w litery A i M. Oko się cieszyło. Poprawny gig. Bez ochów i achów. We wrześniu nowa płyta. Pamiętajcie.


Nick Cave & The Bad Seeds - Nick Cave to wielka postać. Przeszywający do szpiku kości wokal, charyzma, spluwanie na scenę, wchodzenie w tłum przy barierkach. No jednym słowem żywioł, moi drodzy. Nie spodziewałem się, aż tak ociekającego zacnością koncertu. W pewnym momencie zapytał publikę, jaki kawałek chcą usłyszeć. Odpowiedź padła Red Right Hand. Na co Nick Cave ironicznie podziękował poprzednikom z Open'er Stage, czyli Arktycznym Małpom za zwiększenie popularności kawałka Red Right Hand poprzez uskutecznienie covera. Generalnie Cave ma gadane. Jak już mówił to uderzał w sedno. "And now song called Mermaids. About... Mermaids." Australijczyk ze swoją świtą pozamiatał. Bez wątpienia jeden z najlepszych koncertów Open'era 2013.


Dzień nr 3

Rebeka - Electro popy zawsze spoko. Były momenty. Wypada wziąć na warsztat ich długograja Hellada.

Palma Violets - No tutaj się działo, oj działo! Takie wariaty, że buzia się uśmiecha. Definicja młodzieńczej fantazji. Weszli w zatarg z ochroniarzami, drummer łamał pałeczki jedna za drugą, a techniczny napocił się ze strojeniem ich gitar. Pod koniec koncertu basista Chilli Jesson rzucił otwartą butelką w górę. Zgadnijcie kto ją złapał. Jam to nie chwaląc się sprawił. Oblałem się trochę, ale co tam. Jak już odchodziłem od Alter Klub Stage pomyślałem: "Kurde, jak już złapałem tę pieprzoną butelkę to czemu by nie zdobyć na niej autografów. Przecież nikt mi nie uwierzy, że to butelka od Palma Violets." Obejrzałem się w stronę sceny i namierzyłem Chilliego Jessona palącego papierosa tuż przy barierkach. "Lecę". Zawołałem, zapytałem czy się podpisze na butelce, którą rzucił w tłum, bo tak się składa, że udało mi się ją złapać. Powiedział, żebym poczekał. Nie przyszedł z markerem. Przyszedł z koszulkami. "Rozdaj je ludziom". Toteż rozdałem, ale została mi jedna. Oddam ją w dobre ręce. Biała eska z okładką singla Best of Friends. Zaglądajcie na iamboltz.blogspot.com, kminię nad jakimś konkursem, czy coś.


Ifi Ude - Wpadłem na chwilę -  zostałem do końca. Gruby gig. Afrykańskie klimaty, taniec, pozytywne wibracje. Elektroniczne wygibasy, energia płynąca ze sceny - miodzio. Ifi, jesteś na mojej liście artystów, których chcę zobaczyć jeszcze raz. Bardzo mi się podobało! Takie moje osobiste odkrycie Open'era.


Skunk Anansie - Tuż po Ifi Ude skierowałem kroki z Alter Space na Open'er Stage. Co tam zastałem? Niemniej gorący koncert. Skin szalała na scenie i poza nią. Nie słucham Skunk Anansie, a byłem zdziwiony, że znam tyle ich utworów. Końcówka występu magiczna. Skin zapytała publikę czy się nią zaopiekuje? Coś się święciło. Coś wisiało w powietrzu. Skin podeszła do barierek i prosiła, żeby tłum przykucnął i się rozstąpił. Część ludzi, albo nie skumała o co jej chodzi, albo po prostu wolała wyciągnąć telefon, czy inną suszarkę do nagrywania, aby uwiecznić Skin na poruszonym, kiepskiej jakości nagraniu. Tak czy owak, było cacy.

Queens of the Stone Age - Stężenie słów posiadających pozytywny wydźwięk sięgnie teraz zenitu. Queensi aż palili się do grania. Na samym początku podczas wizualizacji z sukcesywnie pękającą szybą Josh Homme odziany w długi czarny płaszcz podskakiwał w miejscu. Napięcie rosło. Pierwsze dźwięki Feel Good Hit of the Summer. Zaczęło się! Świetne wizuale do tracków z ...Like Clockwork składające się z teledysków doń stworzonych urywały pupkę. Make It Wit Chu zagrane z dedykacją dla pięknych kobiet. Josh poprosił, aby wziąć je na barana. Tyle serdeczności od artysty w stronę publiki nie słyszałem jeszcze nigdy. Josh nie mógł się nachwalić. Była nawet krótka narada zespołu, po której Homme oświadczył, że jesteśmy najlepszym tłumem na całej trasie - "Number fuckin' 1 and there's nobody even close". Ja wiem, że zespoły ciągle tak mówią, ale tym razem wyglądało to naprawdę szczerze. Ja to kupuję. Ponadto nie przypominam sobie takiego nasilenia ciarek na koncercie w ostatnich latach. Apogeum syndromu ciarzastości osiągnąłem przy bodaj 3 minutowej solówce w I Appeared Missing. Masterpiece! Go with the Flow, Little Sister, No One Knows i Song for the Dead, jako zwieńczenie koncertu. Czego chcieć więcej? Setlista marzenie. Godzina i 20 minut z groszami zleciało ot tak. Pstryk. Koniec. Podsumowując. 5 lipca byłem na najlepszym koncercie w swoim życiu. Byłem na koncercie Queens of the Stone Age.

The National - Matt Berninger krzyczał. A to zbój. Mało tego! On rzucał mikrofonem i pluł winem!  Zdziwiony byłem niezmiernie. Wyobrażałem sobie ten koncert, jako oazę spokoju, wyciszenia, a tu takie awantury na scenie. Niemniej jednak ucho się cieszyło. Jakość bijąca z aranżacji - wielki plus.

Disclosure - Dotarliśmy w mniej więcej połowie koncertu. Zastaliśmy wielką wixę. Dołączyliśmy. Nawet mojemu kompanowi nastawionemu na rocka koncert Disclosure nie przeszkadzał. Ja się jaram, wielce, że udało mi się usłyszeć na żywca Latch, White Noise i Help Me Lose My Mind. Bracia Guy znają się na rzeczy. Rozgrzali namiot do czerwoności.

Rykarda Parasol - Trafiłem na finałową piosenkę. Szkoda, że tak krótko było mi dane się wsłuchać.


Dzień nr 4

Everything Everything - Ach, ten akcent Jonathana... Ciągle zamiast thank you słyszałem f*** you. Najgorzej było przy Thank you Poland/F*** you Poland. Obruszyłem się przez chwilę, aby później się uśmiechnąć. W przypadku Everything Everything trochę naruszyłem zasadę priorytetową. Słyszałem już Brytyjczyków w 2010 roku na Coke Live. Jednakże wydali naprawdę zacny album ostatnimi czasy, więc uznałem, że całkiem niegłupim pomysłem byłoby posłuchać nowych kawałków na żywo. Nie żałowałem. Cenię ich oryginalność, bo drugiego tak wydziwiającego dźwiękiem zespołu nie zarejestrowałem. No, a Jonathan Higgs to takie rzeczy robi ze swoim głosem, że włosy na głowie stają dęba.


Fismoll -  Jeśli artysta potrafi utrzymać w skupieniu prawie cały Alter Space to musi być coś na rzeczy. Przejawił również umiejętności przywódcze poprzez zaproponowanie publiczności pozycji siedzącej. Tak też się stało. Mniej lub bardziej wygodniej zasiedliśmy. Koniec końca wstaliśmy, bo było mniej wygodnie niż się spodziewaliśmy. W każdym razie Fismoll zbudował piękną atmosferę. Akustyczna muzyka, nastrojowy wokal. Klimat. Poznań ma się czym pochwalić. Macie perełkę ;)

Crystal Fighters - 3 festiwal Alter Artu z rzędu Crystal Fighters. 2011 rok - Open'er, 2012 - Coke Live Music Festival, 2013 - Open'er. Ja z kolei doskonale pamiętam ich zjawiskowy koncert z maja 2011 roku w Katowicach na Mariackiej. Do 5 lipca byli moim nr 1 w osobistym, prywatnym, subiektywnym rankingu najlepszych koncertów. Zostali zdetronizowanie nie przez byle kogo. Przez samych Queens of the Stone Age. Crystal Fighters zawsze w formie. Nawet stojąc daleko od sceny tłum obok mnie bawił się, skakał, tańczył, klaskał. Nowe kawałki z Cave Rave już nie mają takiej siły jak te z LP Star of Love. Ale co tam. W listopadzie chcę ich zobaczyć jeszcze raz!

Kings of Leon - Czuję niedosyt. Odnoszę wrażenie, że nie są jakimś wybitnym zespołem koncertowym. Nie mam czego wspominać po tym koncercie. Odegrane kawałki, żadnego "znaku rozpoznawczego", "punktu odniesienia". Nie ma o czym pisać. Wiadoma sprawa, osoby z takim głosem jak Caleb rodzą się raz na... No rzadko się rodzą. Chłop ma wokal nie z tej ziemi. Tylko, że kurczę czułem się jakbym słuchał płyty, a po koncercie oczekuję czegoś więcej, elementu ludzkiego, losowości, oczekiwanie nieoczekiwanego. Elegancko, że zobaczyłem/usłyszałem Kings of Leon na żywo, ale nie będę tego wspominał z wypiekami na twarzy.

Lao Che - Pomimo faktu, że są z naszego polskiego podwórka widziałem ich pierwszy raz. Byłem na nich krótko, ale na tyle długo, aby podnieść kciuk w górę i powiedzieć, że warto było podejść na Alter Klub Stage. Szkoda, że zachciało mi się pieprzonego hot doga (którym z resztą później sparzyłem sobie podniebienie) i skierowałem kroki do części gastronomicznej.

UL/KR - Przez kolejki po żarcie słyszałem raptem 1 (słownie jedną) minutę koncertu. Ale spoko, spoko. Kiedyś w końcu Was posłucham na żywo.


+ Dworcowa Scena Akustyczna. Wielki szacunek za pomysł stworzenia tej sceny. Winszuję Alter Artowi, za znalezienie miejsca dla muzyki akustycznej. Możliwość położenia się na leżaku i chłonięcia muzyki od nieprzypadkowych artystów oceniam celująco.

Peter J. Birch - Brodacz z Wołowa okazał się być fantastycznym gościem. Zagadał, popytał jak Open'er, zagrał swoje kawałki i ulubione innych cenionych przez niego songwriterów. Kciuk w górę, a później ściskam go mocno za dalszy rozwój.

Skubas - Kolejny strzał w 10. Dobrze, że udało się go namówić na bis, bo późno dotarliśmy z ekipą na jego występ. Zjawiskowy wokal. Gdzie on się tak długo ukrywał? Podobnie jak w przypadku Bircha. Trzymam mocno kciuki.

Rihanna i Dizzee Rascal nie przypadli mi do gustu.

Przepraszam, że tak dużo słów. Upychałem je niczym ekłipment na Open'era w bagażniku auta. Pan Boltz kłania się nisko ;)