Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Foals. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Foals. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 czerwca 2015

Foalsi po raz czwarty

Jak ten czas szybko zapiernicza. Dopiero co zapowiadałem trzecią płytę Foals i chwaliłem za singiel Inhaler, a czwarta wychodzi 28 sierpnia. Będzie nazywać się What Went Down. Tracklista albumu składa się z 10 kawałków. Dzisiaj w audycji Annie Mac w BBC Radio 1 premierowo odtworzono piosenkę otwierającą album.

Wnioski po odsłuchu? Moje marzenia o powrocie do brzmienia z pierwszej płyty Foals są równie nierealne jak moja obecność na tegorocznym Open'er Festival (2 lipca bronię licencjat). Wiadomo - ewolucja, rozwój i tamtaramtam. Mimo wszystko trochę razi mnie brak "matematyki" charakterystycznej dla debiutu. Szkoda. Mam wrażenie, że Foalsi stają się jednymi z wielu i piszę to z ciężkim sercem. Gdzieśtam po drodze gubi się charakterystyczność zespołu z Oxfordu.

W tytułowym What Went Down słychać dużo Edwina, czyli do głosu dochodzi klawisz tudzież syntezator. Spoko. Tak jak zapowiadali w wywiadzie dla jak dobrze pamiętam NME są ciężkie riffy. Spoko. Chociaż można zarzucić, że są trochę toporne. Jest nieco inne brzmienie perkusji (mniej funkowe). Już mniej spoko. Jest spory potencjał koncertowy. Singiel What Went Down powinien delikatnie mówiąc sprawdzić się na żywo. Spoko.

Ale cholera nie czuję energii, która towarzyszyła poprzednim kawałkom Foals. Nie wiem. Coś jest nie tak. Nie wiem, czy to z powodu przeziębienia i obniżonej percepcji? Duży niedosyt. Nawet z mnogością odsłuchów nie jest wcale lepiej.

Poprzeczka dla Foals jest ustawiona u mnie bardzo wysoko. Wciąż są boltzowym numer 1. Wierzę, że stać ich na dużo więcej. Oby reszta kawałków na płycie What Went Down była lepsza.


poniedziałek, 16 lutego 2015

Prawa - lewa

Hejho prawy do lewego lewy do prawego. Nie, nie będę dzisiaj wrzucał utworu wypromowanego w Polsce dzięki kolaboracji Gorana Bregovicia z Kayah. Nawiasem pisząc fajnie, że w tym roku znowu połączą siły na Life Festival Oświęcim 2015. Słuchałbym. Dzisiaj po prostu chciałbym podzielić się chyba całkiem ciekawą (przynajmniej mam taką nadzieję) sytuacją muzyczną, która dzisiaj mnie spotkała.

Dzień rozpoczął się wcześnie -> pierwsza zmiana, czyli pobudka o 5:00. Ach, te czasy kiedy wstawało się do szkoły o 7:00, aby i tak spóźnić się na lekcje na 8:00... Po ośmiogodzinnej szychcie nabity plan dnia przewidywał dwie umówione, oczekiwane wizyty. Jedna z nich miała na celu uregulowanie spraw związanych z uzębieniem, gdyż któryś z zębów się zbuntował. Hultaj dostał za swoje i jest jak nowy. Drugi termin miał uskutecznić skontrolowanie gruczołu tarczycy (takie tam genetyczne spadki po przodkach). Wychodzi na to, że genetyka nie kłamie i powiedziałem Pani endokrynolog do zobaczenia zamiast żegnaj na zawsze. Ale zanim się tego i owego o swoim gruczole dowiedziałem trzeba było się zarejestrować w recepcji. No i tak sobie stoję w kolejce do rejestracji do speca od tarczycy. Ściągnąłem czapkę, bo głupio stać w czapce i ciepło za razem. Wyjąłem z ciemnych czeluści plecaka skierowanie (w międzyczasie doszedłem do wniosku, że niezłym pomysłem będzie zainwestowanie chwili na zaprowadzenie w nim porządku). Następnie sięgnąłem do pustego portfela (bieda, Panie), aby wydobyć plastikową kartę do enefzetowskiego raju zdrowotnego. No i tak sobie stoję w kolejce - przede mną 6, 7 osób. Wyciągnąłem jedną słuchawkę z ucha, żeby w miarę możliwości ogarniać, czy otoczenie nie wysyła do mnie ważnych sygnałów dźwiękowych typu "pan tu nie stał", "za czym kolejka ta stoi?", "która godzina?", "ta babka co dzisiaj jest w okienku to wredna jest". W odtwarzaczu Foals i Antidotes, czyli płyta, która twardo trzyma się od najpierwsiejszej aplikacji empetrójek na dysk małego zmyślnego urządzenia. Zostawiłem prawą słuchawkę w uchu. Antidotes znam na wylot. Podświadomie wybijam rytm i dośpiewuję poszczególne fragmenty. Wersja na prawe ucho sprawiła, że przestałem ogarniać sytuację kolejkową. Zaskoczenie. Na jedno ucho kawałek Olympic Airways brzmi intrygująco inaczej. Sprawdziłem na lewym uchu (miałem sporo czasu przecież kolejki mają to do siebie, że nie posuwają się zbyt szybko). Gitary Yannisa i Jimmy'ego pięknie rozmawiają w tej piosence. Tak do końca nie jestem przekonany, czy w prawej słuchawce płynie partia pierwszego, czy drugiego. Trochę nieważne. Na pewno częściowo się przenikają i jedną słychać bardziej w zależności od słuchawki. W tej nazwijmy solówkowej części utworu kiedy gitary gadają ze sobą najintensywniej dzięki osobnym odsłuchom na prawą i lewą słuchawkę można wyodrębnić dźwięki dwóch gitary i to w tym wszystkim ocieka zacnością. Od dzisiaj istnieją dla mnie trzy wersje Olympic Airways. Stereo na dwie słuchawki, prawo słuchawkowa i lewo słuchawkowa.

Z filozofii na studiach miałem piątala, także tego.

Nie, no tak na serio to jestem pozytywnie zaskoczony odkryciem. Być może odkryłem Amerykę. Część z Was nie może dalej czytać, bo tkwi w facepalmie. Sorewicz. Co by nie pisać sprawdzenie jak brzmi dany kawałek na jedno ucho jest intrygujące. Chyba będę regularnie wykorzystywał metodę prawa - lewa.

Wrzucam do odsłuchu rzeczone Olympic Airways. Jakość wrzuconego na YouTube wideoklipu nie pozwala na całkowite wyodrębnienie prawej i lewej. Sugeruję zaopatrzenie się w najlepiej legalną kopię kawałka w najlepszej możliwej jakości.



sobota, 3 stycznia 2015

Szkice

Efektem noworocznych rozmyślań o muzyce doszedłem do wniosku, że w 2015 roku nową płytę mogą wydać Foals. Jakoś z trzy miesiące temu wrzucili na Instagrama zdjęcie gitary i klawiszy z opisem "It starts....", które można interpretować w miarę jednoznacznie. Czekam z niecierpliwością na dalsze wieści z obozu brytyjskiego zespołu.

Perspektywa nowego wydawnictwa była na tyle inspirująca, że dzisiaj wrzucam kawałek, a właściwie szkic muzyczny zarejestrowany podczas sesji nagraniowej ostatniego w dorobku Foals albumu Holy Fire. Ten i inne robocze fragmenty utworów z albumu wydanego w 2013 roku znalazły się w Holy Fire Deluxe Edition. Z leksza rarytasik. Wszystkie wstępne fragmenty piosenek zostały wydane w ramach deluxe'a pod nazwą Where's There Smoke - Loops / Sketches / Figures of Music. Kiedy pierwszy raz szkice wpadły mi w ręce specjalnie się nie zachwyciłem. Byłem "objedzony" nowym materiałem. Po roku do niego wróciłem i wow!
W ogóle super sprawa i ukłon dla Foalsów za podzielenie się zakulisowymi materiałami. Przy płycie Total Life Forever byliśmy świadkami podobnej sytuacji. 
Wczesna faza Inhaler, albo surf rockowa wersja Out of the Woods, riff ze Stepson i wiele innych. Do odsłuchu zostawiam Wam początkową fazę brzmienia kawałka Providence. Ten bas!



A tutaj wersja, którą znajdziemy na płycie.

piątek, 11 lipca 2014

Open'er Festival 2014 [02-05.07.2014] oczami/uszami Pana Boltza

Konsekwentnie, trzeci raz z rzędu na początku lipca zameldowałem się wraz z moją tarnogórską ekipą na muzycznych terenach Lotniska Gdynia-Kosakowo, aby móc uczestniczyć w czterodniowym święcie muzyki. Tym razem Open’er Festival już bez Heinekena w nazwie znowu zaskoczył pogodą. Może nie strzaskałem się na mahoń jak ostatnio, ale biały ślad po opasce na ręce pozostał. Oprócz nieopalonego fragmentu zostało również wiele muzycznych wspomnień, refleksji i doświadczeń. Nie będę ich trzymał tylko dla siebie. Podzielę się z Wami. Po przyjeździe do domu uruchomiłem rozklikane paluszki i uskuteczniłem relację z Open’er Festival 2014. Kto spodobał mi się najbardziej, a czyje koncerty delikatnie mówiąc nie znalazły mojego uznania? Tak to widziałem i słyszałem.  

Dzień I – 02.05.2014  

Hanimal, czyli rozpoczęcie Open’era na leżąco. Słuchanie twórczości Hanimal w pozycji horyzontalnej, śledząc przemijające chmury na niebieskim niebie będę wspominał długo. Wspaniałe rozpoczęcie Open’era na scenie Here & Now. Lubię folkowy, song-writerski klimat. Miałem niekłamaną przyjemność usłyszeć Hanimal raz jeszcze w centrum Gdyni na scenie dworcowej tym razem leżakując. W obu przypadkach byłem ukontentowany poziomem występu. Warto zapamiętać tę nazwę.

Kolejnym przedstawicielem polskiej alternatywny, którego postanowiłem doświadczyć w wersji live był Eric Shoves Them In His Pockets. Luz, amerykański sznyt, gitary i uśmiech na twarzy. Przesympatyczni Chłopcy. Z wielką przyjemnością wrócę do odsłuchu płyty Walk It Off. Chętnie wpadłbym jeszcze raz na ich koncert i gdy będę miał taką okazję chętnie z niej skorzystam.

Polska alternatywa w natarciu. Moim następnym punktem pierwszego dnia Open’era był zespół Fair Weather Friends. Czego dowiedziałem się po koncercie FWF w Tent Stage? Otóż utwory z EPki Eclectic Pixels wciąż kopią. Słychać, że zespół ewoluuje. Aranżacje się zmieniają. Trochę obawiam się, że kompozycje spoza minialbumu już nie mają zabójczych melodii. Są trudniejsze w odbiorze. Być może dlatego mniej mi się podobały. Oby to była tylko kwestia osłuchania. Cardiac Stuff i Fake Love dobrze rokują. Poczekam z ostateczną oceną do odsłuchu debiutanckiego długograja Fair Weather Friends. Jest to pozycja, na którą wyczekiwałem, wyczekuję i będę wyczekiwał.

Szybka teleportacja (fajnie, by było) na Open’er Stage, a tam stary, dobry Interpol. Po trzech latach (CLMF w Krakowie) znów miałem okazję posłuchać zespołu ze szczytu mojej listy naj, naj, najszych wykonawców. Abstrahując od spadku jakości, który przydarzył się Amerykanom na poprzedniej płycie wciąż darzę Interpol szczerym muzycznym uczuciem. Ciekawe czy moja sympatia przetrwa kolejną niewystarczająco godną płytę. Przekonam się o tym już we wrześniu. W gdyńskiej setliście Interpola znalazły się jak dobrze pamiętam trzym kawałki zapowiadające nadchodzącą płytę El Pintor. Nie rzuciły mnie na kolana. Jedynie All The Rage Back Home „zagrało” od razu. W nowych piosenkach nie ma tego „czegoś” z czasów debiutu. Odwołując się jeszcze do ogółu koncertu chciałbym zwrócić uwagę, że chyba coś było nie tak z wokalem Paula Banksa. Nie mam tutaj na myśli jego koncertowej formy. Uważam, że wokal frontmana Interpola był za głośno. Raził w ucho. W każdym razie pośpiewałem sobie swoje ulubione piosenki, pobujałem się i generalnie jestem zadowolony. Teraz trzymam kciuki, żeby nowy album nie zawiódł.

Na tegorocznego Open’era udało się (w końcu!) ściągnąć jedną z największych nazw w muzyce rockowej. Pierwszym headlinerem Open’era 2014 był duet The Black Keys. Nawiasem mówiąc raptem dzień po występie pojawiła się informacja, że w lutym 2015 znów wpadną do Polski. Koncert Czarnych Kluczy postanowiłem zobaczyć z bliska. Jak się okazało był to błąd. Ani sobie nie poskakałem, ani nie pooglądałem. Tyle dobrze, że coś słyszałem. Walka o przetrwanie. Ech, po cholerę pchać się do przodu, żeby się miziać w parach, trójkątach i innych figurach geometrycznych, stać jak słup soli, albo brać pierdylne plecaki wypchane po brzegi i cisnąć się do samego młyna? Przód jest dla najaktywniejszych. Abecadło koncertowe się kłania. Zgadnijcie czym to się skończyło. Do połowy koncertu panowały masowe migracje z przodu do tyłu z narzekaniem i agresją w oczach, bo „jak można na koncercie rockowym skakać?!”. Spuśćmy zasłonę milczenia. Skupmy się za to na walorach artystycznych koncertu The Black Keys. Kapela z USA dołączyła do grona wykonawców, którzy po prostu odtwarzają swoje utwory w stosunku 1:1. Moja percepcja była zaburzona sami wiecie czemu. Jednak nie wychwyciłem elementu różniącego nagranie z płyty z wersją koncertową. Lubię jak coś się dzieje w tych osłuchanych setki razy, znanych wzdłuż i wszerz piosenkach znanych z albumów studyjnych. To, że Panowie grać potrafią to żadna tajemnica. Klasa. Lata grania słychać na pierwszy rzut ucha. Był to naprawdę zacny rockowy gig. Zwieńczenie w postaci wykonania kawałka Little Black Submarines zaśpiewanego przez Dana Auerbacha wspólnie z festiwalowiczami – przepiękne. Ciary.

Mniej lub bardziej chętnie skierowałem się z ekipą w stronę Tent Stage. Tam nadeszła kolej na siostry HAIM. Podobno koncertowo żadna rewelacja. Dementi. Dziewczyny zrobiły na mnie wielkie wrażenie. To był jeden z najzacniejszych koncertów, na których byłem na tegorocznej edycji Open’era. To nic, że Pani basistka robiła przerażające miny. Nie wiedziałem, czy mam uciekać, czy zostać. Este Haim bardzo przeżywa generowaną przez siebie i siostry muzykę (może nawet za bardzo). Warto również wspomnieć, że rodzeństwo wspierał perkusista Dash Hutton. Wspominam o nim nieprzypadkowo, bo moim skromnym zdaniem odwalał kawał dobrej roboty. Podsumowując występ młodych Pań z USA wyciągam kciuk wysoko w górę. Zaskoczenie. Nie sądziłem, że to zrobię. Bardzo strawny rockowy gig.

Na zakończenie pierwszego dnia trzynastej edycji Open’er Festival wpadłem na chwilę do Beat Stage zobaczyć część składową The xx. Jamie xx stał za deckami. Długo się rozkręcał, więc postanowiłem sobie odpuścić. Zmęczenie dało o sobie znać. Właściwie to końcówkę jego seta słyszałem w namiocie. Brzmiała obiecująco.

Dzień II – 03.07.2014 

Na dobry (może niekoniecznie) początek dnia wybrałem Call The Sun na Here & Now Stage. Słyszałem krótko, więc długich wywodów nie będzie. Były zespoły, które wywołały lepsze wrażenie. Chłopaki lepiej bawili się niż publika. Cóż, uroki początkujących zespołów.

Przystanek nr dwa – Alter Stage i tajemnicza Kuroma. Szczerze? Nie przyciągnęli mnie niczym. Wręcz odrzucili. Kojarzyli mi się z bandą niespełnionych muzyków, którzy już od średniej szkoły próbują zrobić karierę muzyczną, ale im nie wychodzi. Bez żalu oddaliłem się do Tent Stage, aby doświadczyć nausznie i naocznie mocnej nazwy na polskiej scenie alternatywnej, jaką jest projekt Pustki.  

Pustki mają swoich fanów. We mnie nowego fana nie znaleźli. Nie znalazłem u nich niczego dla siebie. Słaba passa drugiego dnia została podtrzymana. Pełen obaw z każdym krokiem zbliżałem się do Open’er Stage i następnego przystanku na rozpisce.

Doskonale pamiętam jaki swego czasu szum w internecie zrobił MGMT. To były początki mojej fascynacji szeroko pojętą alternatywą. Gdy na Open’er Stage zobaczyłem muzyków Kuromy towarzyszącym MGMT to w myślach przemknęła mi myśl, której nie godzi się cytować w relacji. MGMT koncertowo to bieda z nędzą. Co będę dużo pisać. Bez ikry. Zabrakło mi zaangażowania. Nawet hiciory były jakieś niemrawe. Za to psychodeliczne animacje na duży plus. Muszę przyznać, że były jakościowe.

Przystanek nr pięć, czyli Here & Now Stage i Dziewica. Tak, tak. to po duńsku dziewica. Jej pierwsza wizyta w naszym kraju. Elegancko, że zgromadziła sporo ludzi po sceną. Ludziska wyczuli, że warto zameldować się na jej występie. Gdyby jej występ nie nakładał się na Australijczyków z Jagwar Ma chętnie pobujałbym się dłużej w rytm całkiem niezłych kompozycji duńskiej wokalistki. Z żalem i wahaniem opuszczałem jej koncert, no, ale Jagwar Ma… Widzę/słyszę w MØ nową siłę w europejskim electro popie. Duży potencjał. Trzeba ją obserwować.

Przystanek nr sześć. Say hello to Alter Stage again. Ciekawostka. Jagwar Ma już rok temu można było usłyszeć na Open’erze. „Co on pisze! Przecież ich nie było!”. Pewnie, że nie było. Jagwar Ma dało się usłyszeć przechodząc przez parking samochodowy na terenie festiwalu. Jam to nie chwaląc się sprawił. Już wtedy widziałem ich w przyszłorocznym line-upie. Wróż Bolesław Wam wywróżył. Jagwar Ma to czołówka najlepszych koncertów tegorocznej edycji. Dwa razy. Dwa razy miałem ciary! Odbijałem się od podłogi niczym piłeczka. Nie potrafiłem ustać w miejscu. A oni to wciąż robili! Wciąż zmuszali mnie do wykonywania mniej lub bardziej kontrolowanych ruchów. Come and Save Me jest moim hymnem festiwalowym Open’era 2014. Wychodząc z koncertu rozmawiając z moimi towarzyszami postawiłem tezę, że mamy do czynienia z kimś na miarę nowych Crystal Fighters. Podtrzymuję. Wrócą niebawem i znowu przekonamy się o ich jakości.

Oddech wyrównany, napoje spożyte, więc pora zbierać się na Pearl Jam. Nigdy nie przepadałem za tym zespołem, ale trzeba oddać, że ich koncert na Open’erze był pierwszorzędny. Headliner pełną gębą. Eddie Vedder i spółka to obowiązkowa pozycja dla każdego prawdziwego fana muzyki rockowej. Wokalista miał bardzo dobry humor. Nieudolne próby mówienia po polsku były bardzo urocze. Momentami było wręcz kabaretowo. Vedder zdradził, że jeden z muzyków zapomniał wziąć paszportu i trzeba było wykorzystać kontakty, aby koncert w ogóle mógł dojść do skutku. Zaiste występ Pearl Jam był jednym z najjaśniejszych punktów Open’era 2014. Musiałem wyjść przed zakończeniem, gdyż musiałem dostać się do Tent Stage, a odległość pomiędzy scenami jest spora. Szedłem tyłem łapiąc dźwięki płynące ze sceny i próbowałem dostrzec coś na telebimie. Przybijam ze sobą piątkę. Na nikogo nie wlazłem i nie wywaliłem się na żadnej dziurze.

Teraz czas na kilka słów o Darkside. Zarzut odtwarzania piosenek z albumów studyjnych kropka w kropkę kreska w kreskę na koncertach duetu Dave Harrington i Nicolas Jaar nie obowiązuje. Koncertowe oblicze duetu łączącego rock z elektroniką jest diametralnie inne niż to, które znamy z nagrań. Przede wszystkim przeszywający na wylot bas. Dało się go odczuć na każdym fragmencie ciała. Spodziewałem się trochę innego koncertu. Nastawiłem się na mniejszą ingerencję w kawałki, które poznałem za sprawą albumu studyjnego. Nie wiem, czy nie był to dla mnie zbyt duży szok, związany z przeskokiem z brzmienia z płyty na koncertowe, czy trochę zmęczenie dało o sobie znać. Nie mogę napisać, że się zawiodłem, bo to było ogromnie ciekawe doświadczenie. Dałem się zaskoczyć i przez to jestem nieco skonfundowany jeżeli chodzi o ocenę tego koncertu.

Na koniec drugiego dnia Open’era 2014 wybór padł na Rudimental. Poszedłem z przekonaniem, że postoję chwilę i grzecznie oddalę się w celu uzupełnia płynów, bo dbanie o gospodarkę wodną jest bardzo ważne. A tutaj zaskoczenie. Zabawa, radość, taniec - zestaw podany w bardzo zjadliwy sposób. Wykrzesiłem z siebie resztkę sił i zmusiłem się powyginać swoje ciało w przedziwne nienaturalne dla siebie pozycje, czyli musiało być coś na rzeczy. Nie zmieniam swojej standardowej pozycji z byle powodu.

Dzień III - 04.07.2014

Dzień rozpoczął się wielce uroczo i radośnie. Rozglądając się za strawą, która doda sił na cały wieczór i noc spotkałem Panią Agnieszkę Szydłowską. Postanowiłem wykorzystać ten fakt i zrobić sobie z Nią zdjęcie. Jak jakimś cudem będzie Pani czytać tę relację to chciałbym bardzo przeprosić, że przeszkodziłem Pani w konsumpcji. To wielki zaszczyt móc zrobić sobie z Panią zdjęcie ;)

Posilony doładowany pozytywną energią po spotkaniu z niezwykle znaczącą osobą dla muzyki alternatywnej udałem się na Here & Now Stage w celu posłuchania Bulbwires. Słyszałem dwie piosenki. Czy powinienem oceniać po usłyszeniu tylko dwóch tracków? Czasami wystarczy i taka ilość, żeby wyciągnąć kciuk w górę z wyrazem uznania. Tym razem nie wystarczyła. Nie wykluczam, że jakbym został dłużej to opinia byłaby korzystniejsza. Też mieliście wrażenie, że druga piosenka zaczynała się identyczną perką jak w Howlin’ For You The Black Keys?

Po Bulbwires nie bacząc na dziury, wertepy i inne przeszkody skierowałem kroki w stroną Open’er Stage, gdzie lada chwila miał pojawić się zespół Foals. Jeżeli chodzi o zespół z Oxfordu jestem nieco mniej obiektywny. Brytyjski zespół jest w ścisłej czołówce moich ulubionych projektów muzycznych. Cały czas żałuję, że nie przyjechali do Polski przed wydaniem Total Life Forever. Tęsknię za młodzieńczą fantazją z Antidotes, czyli pierwszej płyty Foals. Było minęło. Na Open’erze 2014 miałem niekłamaną przyjemność posłuchać ich na żywo drugi raz. Ominął mnie deszczowy gig Foals na Open’erze 2011. W październiku 2013 pojechałem doświadczyć ich do Warszawy. Analogie z warszawskim koncertem są dwie. Tło koncertu tworzyły kobry i setlista była praktycznie identyczna. W porównaniu z zeszłorocznym koncertem na występie Foals zabrakło jedynie utworu Total Life Forever. Całe szczęście przynajmniej układ odtwarzanych piosenek się zmienił. Oceniając na podstawie porównania zdecydowanie bardziej podobał mi się występ Open’erowy. Nagłośnienie na Open’er Stage wycisnęło z Foalsów więcej niż w Stodole. Co więcej Yannis Philippakis był w o wiele lepsze formie wokalnej niż na poprzednim występie w Polsce. Nie było balkonu, z którego wcześniej wspomniany jegomość mógłby zeskoczyć. Ograniczył się jedynie do rundy honorowej wokół barierek i krótkiej wizycie w tłumie. Znów nie udało mi się przybić piątki. Do trzech razy sztuka. Na ostatnie trzy utwory (Inhaler, Hummer i Two Steps Twice) wylądowałem w środku jakościowego pogo.

Nie minęło dużo czasu, a wciąż wycierając spocone czoło wylądowałem na Alter Stage, aby zobaczyć w akcji młody rockowy duet z Wielkiej Brytanii - Royal Blood. Zmierzając do celu gdzieś w tłumie usłyszałem opinię wyrażającą wątpliwość, czy Alter Stage wytrzyma ten koncert. Jakże ona była zasadna! Ale o tym za chwilę. Występ Royal Blood oceniam na piątkę z plusem. Nomen omen świeża krew na rockowej scenie muzyki alternatywnej, a już tak wyrachowana i świadoma swojej zacności. Starzeję się i jakoś tak ostatnio stronię od intensywnego pogowania, ale tym razem dałem się wciągnąć. Jeżeli utrzymają swój poziom i kawałki z koncertu będą brzmieć równie dobrze na płycie (debiutancki album Royal Blood ma wyjść w sierpniu 2014) to słyszę w nich potencjał, który może ich wywindować do elity muzyki rockowej. Mocarne brzmienie, świetne melodie i energia płynąca z głośników. Nie dało się ustać. Bilans koncertu: kilka siniaków, rozcięty fragment skóry na dłoni i dziury w deskach w podłodze Alter Stage. Nie dziwię się, że nie wytrzymały. Tłum oszalał ;)

Na koncert Wild Beasts udałem się z chmielowym napojem w ręce. Wiadomo - gospodarkę wodna. Za sprawą Foals i Royal Blood została ona mocno nadszarpnięta. Odcinek między Alter Stage i Tent Stage jest na tyle długi, że na spokojnie uzupełniłem płyny. Zdążyłem idealnie na pierwszy utwór. Była nim piosenka Mecca z najnowszej płyty Dzikich Bestii Present Tense. Ależ te skrajnie różne wokale dobrze ze sobą współpracują! Symbioza głosów Haydena Thorpe’a i Toma Fleminga jest tak oryginalna i korzystna muzycznie, że… No, jest bardzo korzystna. Kompozycje Wild Beasts na żywo brzmią naprawdę dobrze i niezwykle żałuję, że po utworze Hooting and Howling musiałem opuścić Scenę Namiotową z powodu zbliżającego się wielkimi krokami koncertu Pana Johna Anthony’ego Gillisa znanego, jako Jack White.

Szczerze to nie wiedziałem, że Jack White ma polskie korzenie. Pełne zaskoczenie. To ogromnie miła informacja. W żyłach Jacka Białego płynie polska krew. Trzeci headliner pokazał hart ducha mimo swojej niedyspozycji głosowej i dzielnie walczył do ostatniego dźwięku. Przekonałem się na własne uszy, że Jack White wielkim artystą jest. Oczywiście największą furorę zrobił utwór Seven Nation Army. Szkoda tylko problemów z gardłem. Naprawdę głupio słucha się legendarnego muzyka, który nie może z siebie dać wszystkiego, gdyż zdrowie nie pozwala. Tak jak wspomniałem wcześniej mimo wszystko wyszedł obronną ręką z niedogodnej sytuacji.

Kierunek -> Tent Stage. Niby wszystkie kawałki podobne, ale BANKS ma taki sceniczny magnetyzm w sobie, że nie dało się od niej oderwać wzroku i uszu. Warto zwrócić uwagę, że openerowa publiczność przyjęła ją bardzo ciepło. Było tak jak sobie wyobrażałem. James Blake w spódnicy. BANKS ma wszystko, żeby dołączyć do czołówki elektronicznej alternatywy. Szacuneczek dla Mikołaja Ziółkowskiego za to, że trzyma rękę na pulsie i decyduje się zapraszać nie tylko gwiazdy, ale i wykonawców z dużym potencjałem.

Albo ten koncert był za późno, albo byłem zmęczony, albo Lykke Li się nie chciało. Jak na pierwszy duży koncert w Polsce Lykke Li nie zostawiła po sobie mega pozytywnego wrażenia. Gdybym nie darzył najnowszej płyty tak wielkim sentymentem to nie zostałbym do końca występu. Lykke Li dała koncert, którego nie będę wspominać. Nawet się dobrze koncert nie zaczął, a Lykke Li już rzuciła, że publika wymiata i jesteśmy najlepsi i tamtaramtam. Bardzo miło było usłyszeć ulubione kawałki z tegorocznej płyty I Never Learn, ale to naprawdę tyle. Z tego koncertu najbardziej zapamiętam odwrót publik po piosence I Follow Rivers. Wyglądało to tak jakby ludzie dostali rozkaz natychmiastowego ulotnienia się.  

Dzień IV - 05.07.2014

Na pierwszy ogień poszedł Daniel Spaleniak. Dużo o nim czytałem nigdy go nie słuchałem. 4 lipca zdecydowałem się skorzystać z okazji wysłuchania go na żywo. Były fragmenty, w których jego wokal kojarzył mi się z Tomem Smithem z Editorsów. Muzycznie intrygująco. Daniel Spaleniak okazał się być nie lada buntownikiem. Mimo rozkazu o wykonaniu ostatniego kawałka zdecydował się zagrać dwa. Nie zdziwcie się jak długo na Open’erze go nie zobaczycie.

Słuchając koncertu Plastic w Trójce byłem zachwycony. Poprzeczka poszła w górę. Plastic na żywo na Open’erze trochę mnie zawiódł. Spodziewałem się czegoś więcej. Trącało nijakością.

Brak internetu, rozładowane telefony i inne utrudnienia blokujące dostęp informacji sprawiły, że niczego nie świadomy oczekiwałem na koncert The Dumplings. Jak się okazało z powodu kłopotów zdrowotnych wokalistki koncert zabrzańskich Pierożków został odwołany. To co? Chyba znamy pierwsze ogłoszenie Open’era 2015 ;)
W zamian za The Dumplings wystąpiły Domowe Melodie. Mega pozytywne zaskoczenie. Ależ ten występ był pocieszny! Błyskotliwe, inteligentne teksty kontra wpadające w ucho melodie. Świetnie się bawiłem. Jak dla mnie jeden z najjaśniejszych punktów tegorocznego Open’era. Osoby obserwujące koncert na siedząco na koniec występu postanowiły nagrodzić zespół owacją na stojąco.

Legenda polskiej alternatywy. OFF Festival na Open’erze. Artur Rojek. Drodzy moi, materiał z albumu Składam się z ciągłych powtórzeń w wersji koncertowej brzmi do-sko-na-le. Pełna profeska zarówno po stronie dźwiękowej jak i wizualnej. Ciepło wspominam sreberka z logo Artura Rojka wystrzelone, żebym nie skłamał, bodaj przy piosence Syreny. Świetnym pomysłem było też zaproszenie na utwór Beksa dwóch chórów. Z jednej strony seniorki, a z drugiej dzieciaczki. Ach. Pięknie było. Rojek = Mistrz. Niech się młodzi uczą od Mistrza.

Zostajemy w Tencie. Zespół Daughter został bardzo gorąco przyjęty. Openerowicze to świadomi słuchacze. Raz jeszcze o tym się przekonałem. Daughter to kolejny projekt, który zawładnął Tentem. Wokalistka, Elena Tonra to cholernie skromna i nieśmiała dziewczyna. Entuzjastyczna reakcja fanów zdawała się ją peszyć. Obie strony były na tyle zadowolone z koncertu, że zaowocował on deklaracją o rychłym przybyciu brytyjskiego projektu w nasze gościnne polskie progi.

Między Daughter i Warpaint odwiedziłem na chwilę Here & Now Stage, a tam produkował się Bastille. Załapałem się na życzenia urodzinowe dla Woody’ego – perkusisty. Nie trafiłem za to na dwa hity Bastille’a, które znam i lubię. Oczywiście mowa o Pompeii i Things We Lost In the Fire. Z perspektywy słuchacza ochraniającego tyły muszę przyznać, że frekwencyjnie Bastille nie miał się czego wstydzić.

Szybciutki powrót do Tent Stage, a tam Warpaint. Tym Paniom kibicowałem już od BBC Sound of 2011. Po czterech latach miałem okazję sprawdzić na żywo, czy prawidłowo zainwestowałem swoją muzyczną sympatię. Przybijam ze sobą piątkę. Koncert Warpaint zostanie w mojej pamięci na długo. Piękny występ. Piękno można tutaj rozumieć dwojako. Zarówno w aspekcie muzycznym jak i wizualnym (Jenny Lee Lindberg – ślę wirtualne serduszka). Kompozycje Warpaint w wersji live dostają blasku. Brzmią lepiej, bardziej energicznie i hipnotycznie. Warpaintki dały radę. Jestem ukontentowany. Jeszcze w ramach ciekawostki dodam, że perkusistka świetnie mówi po polsku.

Wracając z Tenta trafiłem na Phoenix. Zaiste bardzo widowiskowy, imponujący i rozłożony w czasie crowdsurfing wokalisty. Właściwie to tyle widziałem. Muzycznie było obiecująco, ale sami rozumiecie – Warpaintki były większym priorytetem.

Ociągając się z żalem opuszczałem teren festiwalu. Moim zdaniem line-up Open’era 2014 był naprawdę nienajgorszy. Dużo nowości, wielkie nazwy i kilku wykonawców, którzy pojawili się w Polsce pierwszy raz. Tak sobie myślę, że w świetle zaistniałej sytuacji czytaj utraty sponsora tytularnego Alter Art poradził sobie całkiem nieźle. Podwyżki były nieuniknione. Myślę, że za rok będzie tylko lepiej. Zostaną wyciągnięte wnioski i organizatorzy wykorzystają tegoroczną edycję do jeszcze lepszego poradzenia sobie w nowych realiach. Może uda się skłonić większą ilość osób do przybycia na wielkie święto muzyki jakim niewątpliwie jest Open’er Festival. Jak tylko będzie zdrowie i pieniążki to widzimy się za rok.

piątek, 24 stycznia 2014

Open'er Festival 2014 - raport nr 6

Info dnia: usłyszę Foals po raz drugi! Po wydaniu debiutu Antidotes w 2008 roku oksfordzki zespół długo i konsekwentnie omijał Polskę. Aż w końcu po wydaniu drugiego albumu zdecydowali się wpaść na Heineken Open'er Festival 2011. Nie byłem tam... Żałuję do dziś. Następną wizytę złożyli w zeszłym roku w warszawskiej Stodole. Dzisiaj wyszło na jaw, że Foals odwiedzi Polskę trzecie raz. Trzeci raz w Polsce, drugi raz w Gdyni. 4. lipca Foalsi zagrają na głównej scenie Open'er Festival 2014. Tuż po koncercie w Stodole na własne uszy słyszałem jak Yannis (wokal, gitara Foals) oznajmił, że kolejną wizytę w Polsce planują już z nowym materiałem. Więc... Morda się śmieje ;D

Ponadto na scenie Here and Now został ogłoszony Rudimental. Brytyjczycy pojawią się na Opku 3. lipca. Wietrzę grubą bibę.

I jeszcze 5 lipca na nowej scenie nazwanej Beat Stage zjawi się Julio Bashmore.
Szczerze to nie znam, ale z chęcią poznam.

Hejterzy hejtują, a ja wyciągam kciuk w górę, bom zadowolony z ogłoszeń ;)

Do odsłuchu Inhaler z ostatniej płyty Foals.



wtorek, 14 stycznia 2014

6 lat z lastfm

6 lat temu postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. Równo 6 lat temu, mniej więcej o tej samej porze w jakiej udostępniam post postanowiłem, że założę profil na stronie lastfm.

Pamiętam, że długo zwlekałem z założeniem konta. Do dziś mój kuzyn, od którego dowiedziałem się o istnieniu strony lastfm wypomina mi czemu tak późno zdecydowałem się na stworzenie profilu. Cóż... 6 lat minęło jak... 6 lat.
Zalety lasta? Słowo ulatuje, pismo zostaje. Każdy odsłuch zostaje scrobblowany za pomocą specjalnego programu, który przed rozpoczęciem użytkowania lastfm należy ściągnąć na swój komputer. Elegancko, że dzięki lastfm można śledzić, czego słuchało tydzień temu, miesiąc, trzy miesiące, a nawet i rok temu i dalej. Kolejnym atutem lasta jest możliwość znalezienia nowych nieznanych projektów poprzez system podobnych wykonawców. Fakt, czasami polecenia są delikatnie mówiąc, hm - średnio adekwatne, ale ogólnie jest zacnie. Ponadto można sprawdzać, czy na horyzoncie nie pojawia się jakiś ciekawy koncert, albo dyskutować mniej lub bardziej merytorycznie (pozdrowienia dla openerowego szałtboksa ;D ) o muzyce.

Pan Boltz poleca i zachwala, bo sam korzysta i jest zadowolony.

Podsumujmy zatem ogólne rankingi odsłuchów z 6 lat boltzowego profilu -> http://www.lastfm.pl/user/Boltzzz

Liczba scrobbli: 61143. Średnio 28 kawałków dziennie.

W kategorii najczęściej odsłuchiwany/ulubiony artysta wygrywa: zespół Foals (2913 scrobbli). Też  mi zaskoczenie ;P
Na kolejnych miejscach plasują się Interpol (1009 scrobbli) i Bloc Party (1002 scrobble).

W kategorii najczęściej odtwarzanego utworu od lat pierwsze miejsce okupuje kawałek Moving to New York (196 scrobbli) autorstwa The Wombats i tak jest w 6. rocznicę użytkowania lastfma. Drugie i trzecie miejsce dla Foals - Two Steps, Twice (140 scrobbli) i Hummer (119 scrobbli).
Kiedyś bardziej wybiórczo odsłuchiwałem muzykę. Teraz bardziej kompleksowo, więc pozycja numeru jeden jest chyba niezagrożona, ale w muzyce nigdy nic nie wiadomo ;)

Niechaj zabrzmi The Wombats i mój lastowy nr 1.

środa, 23 października 2013

Foals [19.10.2013] oczami/uszami Pana Boltza

26 marca 2013 roku moje konto bankowe uszczupliło się o 139 złotych polskich. O godzinie 10:04, czyli dokładnie 4 minuty po udostępnieniu do sprzedaży biletów na koncert Foals zostałem szczęśliwym posiadaczem jednego z nich. 19 października 2013 transakcja się ziściła, a autor bloga niejaki Bolesław Kowalski znany jako Pan Boltz doświadczył cudu spełnienia się życzeń urodzinowo-świąteczno-różnokazyjnych. "Spełnienia marzeń!". 19 października jedno z nich się uskuteczniło.

Nie mogę o tym nie wspomnieć. Za sprawą koncertu Foals po raz pierwszy odwiedziłem Warszawę. Jakoś nigdy nie było po drodze, aby pojawić się w stolicy Polski. Przed koncertem wraz z ekipą koncertową (ślę wyrazy szacunku w Waszą stronę moi drodzy kompani ;) ) postanowiliśmy nabić trochę kilometrów i pozwiedzać Warszawę. Odetchnijcie z ulgą. Omijam relację ze zwiedzania.

Mając w nogach długaśne zwiedzanie koło 18:00 ruszyliśmy ku Stodole. Zastała nas niekrótka kolejka. Ale czymże była chwila stania w kolejce przy nadchodzących wydarzeniach. Przynajmniej mieliśmy czas, żeby przeanalizować nadchodzące koncerty w Stodole. Gdy już weszliśmy tak dla odmiany znów czekała na nas kolejka. Tym razem do szatni. W międzyczasie nabyłem drogą kupna koszulkę z europejskiej trasy Foals, którą po koncercie niezwłocznie przyodziałem zastępując tym samym przemoczoną koncertową (jeszcze na koniec zebrałem na klatę część wody wylanej na publikę przez Yannisa).

Wchodzę na salę, lokalizuję scenę, patrzę w prawo - balkon. Uśmiechnąłem się pod nosem. Balkon będzie ważnym elementem koncertu, ale o tym w swoim czasie. O 19:30 ze zniecierpliwieniem czekaliśmy już na występ supportu jakim był zespół No Ceremony///.

Zaskoczenia nie było. Tak jak się spodziewałem występ No Ceremony/// nie wzbudził mojego entuzjazmu. Nie jestem fanem kompozycji tego zespołu. Debiutancka płyta nie powalała na kolana. Piosenki w wersji live niestety też. Odniosłem wrażenie, że nagłośnienie im nie pomagało, nadawało zbyt dużo hałaśliwości. Uważam, że korzystniej brzmieliby gdyby byli bardziej subtelni. Pogibałem się, żeby nie stać jak kołek, ale myślami byłem już gdzie indziej.

Planowo koncert Foals miał rozpocząć się o 21:30. W rzeczywistości pierwsze dźwięki Prelude zabrzmiały koło 21:20. Wszystko zaczęło się od migających świateł. Tło sceny zdobiła grafika z kobrami. W takich okolicznościach stopniowo pojawiały się znajome postacie. Gdy zaczął rozbrzmiewać otwieracz z płyty Holy Fire czułem, że to będzie to. To będzie koncert, o którym będę opowiadał moim wnukom. To są ci panowie. To ich słuchałem i oglądałem przez lata na YouTube. To przy ich muzyce na skórze pojawiały mi się ciarki. Gdzieś w okolicach drugiego utworu jakim był Total Life Forever z... Total Life Forever Yannis Philippakis wspomniał, że pamiętają openerowy koncert z 2011 roku i, że było do bani, bo padało. A tam do bani. Z tego co ludziska mówili to było cacy (smutam, bo nie było mnie w Gdyni).
Po tytułowym tracku z drugiej płyty nadszedł czas na Olympic Airways, czyli setki gardeł skandujące "dis-ap-pear". Dla takich chwil buli się kasę i poświęca czas, aby iść na koncert. Kawałki Foals nie stoją w miejscu. One ciągle ewoluują. Takie Olympic Airways jest jeszcze bardziej skoczne niż kiedyś. Dźwięki gitary generowane przez Jimmiego i Yannisa jednocześnie w kulminacyjnym momencie piosenki po drugim disappear - zacność do sześcianu!
Kolejnym punktem setlisty był kawałek z TLF - Blue Blood. Bicie serducha wybijane przez Waltera na basie, a następnie matematyczne funky, przy którym trudno ustać w miejscu. Możecie sobie wyobrazić co się działo przy My Number. Piosenka otwierająca przed Foalsami drzwi do komercyjnego radio w Polsce. Powiem szczerze, że specjalnie nie przepadam za tym utworem. Jest za bardzo radiowy. Jednak koncertowo kawałek żre po całości.
Nadszedł czas na dwa elementy składowe tegorocznego albumu Holy Fire. Najpierw Providence i pierwszy jak dobrze pamiętam wyskok Yannisa. Jako wprawiony stage diver zrobił to zawodowo. Mocarny kawałek. Gdy myślisz, że się kończy wraca ze zdwojoną siłą. Następnym punktem setlisty był track Milk & Black Spiders. Jeden z tych bardziej nastrojowych. A jeżeli mowa o piosenkach z gatunku klimatycznych proszę ja Was może Spanish Sahara? Proszę bardzo. Tym razem nie w strugach deszczu. W zamkniętym pomieszczeniu. Szkoda, że podczas tego kawałka wyrosły dziesiątki telefonów w tym jeden tuż przede mną. Wolałbym oglądać scenę, a nie czyjś sprzęt rejestrujący. Ale nieważne. Spanish Sahara na żywo. Ile ja czasu spędziłem na odsłuchach tego utworu, ileż ciarek wyrastało podczas wielokrotnych zapętleń. Wielkie przeżycie. Więcej numerów z Total Life Forever nie usłyszeliśmy.
Powrót do debiutu do 2008 roku. Red Socks Pugie. Tak jak wspominałem, ależ te utwory się zmieniają. Nowe tchnienie, nowe życie. Chociaż wcześniej nic im nie brakowało. Tutaj pragnę docenić świetnie skrojone outro. Tyćku post-rockowe rzekłbym. Palce lizać.
Wracamy do Holy Fire. Late Night z dedykacją dla słuchaczy zgromadzonych w Stodole. Late Night z solówką znaną z CCTV Session (zostanie wydana na winylu).
I jeszcze raz Antidotes. Electric Bloom. Jak ten kawałek żre na żywca. Yannis maltretuje bęben, skacze w publikę, zagrzewa, publika szaleje, kontakt, szaleństwo. Jack Bevan wielokrotnie stawał na swoim siedzisku i również zagrzewał do uderzania w dłonie. Walter jak zwykle odwala kawał fantastycznej roboty. Tylko nagłośnienie basu moim skromnym zdaniem pozostawiało wiele do życzenia. Wolałbym, aby bas był czystszy. Edwin ze swoimi elektronicznościami stał sobie z boku. Na froncie szalał Yannis i Jimmy.
No i zeszli. Koniec? Oj, nie!

Wywołani przez setki gardeł i gorące oklaski wrócili, aby postawić kropkę nad i.
Przed bisem zaczęli się naradzać. Efektem zgromadzenia przy okrągłym bębnie Bevana było coś niesamowitego. Ale nas zaszczyt kopnął! W Stodole wybrzmiał pierwszy singiel nagrany z Yannisem Philippakisem - Hummer. Czego jak czego, ale Hummera się zupełnie nie spodziewałem. Wcześniej nie pojawiał się w setliście. Ale w Polsce dzieje się historia. Poczułem się jak na jednym z house party, które niegdyś panowie uskuteczniali.
A teraz czas na pierwszy singiel z Holy Fire. Inhaler. Najlepszości na koniec. Moc gitar w piosence i sekcja rytmiczna w tym utworze. To trzeba usłyszeć na żywo.
Na koniec standardowo Two Steps, Twice. I tutaj wracamy do kwestii balkonu. Jak Philippakis widzi balkon to mu się oczka świecą. W Stodole również postanowił zdobyć wcześniej wymieniony element architektury. Wpełzł i paradował na nim. Stawał na krawędzi balkonu nad stołem realizatorskim. Część drżała, część uwieczniała zdarzenie. Dzięki takim zdarzeniom koncerty pozostają w pamięci na lata. Żadne słowa nie opiszą poziomu zacności wykonu Two Steps, Twice. Ogień!
No i to by było na tyle. Pierwszy klubowy koncert Foals w Polsce przeszedł do historii.

Na koniec trochę matematyki. 14 kawałków. 6 z najświeższego Holy Fire, 4 z debiutanckiego Antidotes i 3 z "dwójki" Total Life Forever. 6 + 4 + 3 = 13. Dodajmy jeszcze jeden ten niespodziewany nr 14. Hummer, czyli pierwszy singiel Foals z Yannisem Philippakisem (wcześniej na wokalu produkował się Andrew Mears). Bardzo zacna setlista. Nie mam zastrzeżeń. I ten Hummer. Och i ach.

Dacie wiarę, że pierwszy klubowy koncert Foals w Polsce odbył się dopiero 5 (słownie: pięć) lat po wydaniu debiutanckiego albumu Antidotes? Aż pięć lat polski klub musiał czekać na jeden z najlepszych koncertowych zespołów na świecie. W głowie się nie mieści. 5 lat! Długo nieprawdaż? Miejmy nadzieję, że chłopaki z Oxfordu szybko do nas wrócą. Należy nadrobić stracony czas ;) Yannis zdradził, że już myślą o następnym albumie.

Pozdrowienia ode mnie dla Was. Total Foals Forever.

wtorek, 22 października 2013

Oby dobry dzień!: Foals

Uszanowanie!

Wróciłem! Żyję! Nie czuję się dobrze. Czuję się rewelacyjnie! Foalsi miażdżą na żywo i to nie jest żadna tajemnica. Doświadczyłem empirycznie i potwierdzam.
Relacja z sobotniego koncertu Foals w przygotowaniu. Opublikuję ją dzisiaj lub jutro ;>

Jedną z podstawowych zasad koncertowych jest nie słuchanie nagrań danego zespołu w dniu koncertu. Wiadomo. Chodzi o to by wzbudzić głód muzyki. Tuż przed koncertem Foals, złamałem nieco zasadę. Zapuściłem piosenkę Hummer, bo przecież: "Tego kawałka na pewno nie zagrają".

A jednak! ;D

Cóż... Nie może być inaczej. Kawałek na dzisiaj to utwór Hummer, który ku zaskoczeniu wszystkich zgromadzonych w Stodole wybrzmiał w części bisowej.

Ach, no i jeszcze się pochwalę. Patrzcie co mam ;)


Tak podpisuje się niejaki Pan Yannis Philippakis ;) To ten, który tak ładnie tańczy w teledysku poniżej.

HUMMER!



wtorek, 15 października 2013

Total Foals Forever

W tym tygodniu nazwa Foals padnie z moich ust miljon pińcet razy. Nie ma się co dziwić. W tym tygodniu stanie się coś na co czekałem tak długo, że nawet nie pamiętam jak długo (tak naprawdę to czekam od 2008 roku). W sobotę w warszawskiej Stodole swój pierwszy klubowy koncert w Polsce zagra zespół Foals!

Pamiętam jakby to było wczoraj. Szefu Alter Artu Mikołaj Ziółkowski podczas ogłoszeń openerowych w 2011 roku oświadczył, że nie kuma fenomenu Foals. Będę Mu to wypominał, bom tabletki na spokojność zażywać z tego powodu musiał (kolejność poszczególnych elementów zdania została poukładana w ten sposób z premedytacją). Chodziłem zbulwersowany przez czas jakiś, ale mi przeszło. Czas leczy rany ;P Jak się później okazało Foalsi zagrali jednak na Open'erze 2011. Głównie względy finansowe zadecydowały, że nie udało mi się usłyszeć ich na żywo w Gdyni. Ominęła mnie Spanish Sahara w deszczu. Smutam do dziś. ALE! Już za parę dni, już za dni parę. Usłyszę i zobaczę na żywca jak grają i wyglądają ludzie, których muzyka od lat dominuje w boltzowej Czasoprzestrzeni.

Bilety wyprzedały się na prawie dwa tygodnie przed koncerciwem chociaż tanie nie były. Drugi raz nie mogłem sobie pozwolić na grzech zaniechania. Szczęśliwym posiadaczem biletu zostałem już kilka minut po rozpoczęciu sprzedaży. Spanikowałem, że się szybko rozejdą - głupi ja. Ale mam i nie zawaham się go użyć.

Z kwestii technicznych.

Koncert odbędzie się 19.10.2013 roku w Warszawie w legendarnej Stodole. Otwarcie drzwi nastąpi o 19:00. O 20:00 rozpocznie się koncert supportu Foals, którym będzie zespół No Ceremony/// -> pisałem o nich o tutaj.  O 21:30 zatrzęsie się ziemia. Na scenie Stodoły pojawią się Foalsi!

BYLE DO SOBOTY!

Pozdrowienia od szczęśliwego Bolczyńskiego ;D

Na odchodne Blue Blood. Jest to pierwszy kawałek z drugiej płyty Foals zatytułowanej Total Life Forever.


poniedziałek, 25 marca 2013

Foals + Polska = 19 października 2013

Uszczypnąłem się! To się dzieje naprawdę! Jesienią Foalsi ponownie przyjadą do Polski! Jutro (tj. 26.03.2013) od godziny 10:00 będzie można dokonywać zakupu biletów na pierwszy klubowy koncert Foals w Polsce. Zespół z Oxfordu wpadnie do Warszawy 19 października 2013 roku. W ramach trasy promującej ich trzecie wydawnictwo Holy Fire (boltzowa recka do wglądu) zagrają gig w warszawskiej Stodole.

Ceny biletów:
139 złotych polskich - dostępne w Altersklepie i punktach sprzedaży Ticketpro
125 złotych polskich - ograniczona pula dla członków Alterklubu

Do odsłuchu i pooglądania nowy teledysk Foals do piosenki Late Night


Słońce świeci dzisiaj jaśniej ;D

sobota, 2 marca 2013

Niebieski Ptak

Niech to dunder świśnie niech to kaczki zdepcą! Pan Boltz i jego Muzyczna Czasoprzestrzeń zamienia się w fanpejdż zespołu Foals. Regularni czytacze zdążyli zauważyć, że poświęcam im dużo uwagi. Cóż ja biedny poradzę? Foalsi trafiają w moją muzyczną percepcję w 100%. W miarę możliwości staram się zarazić ich muzyką szerszą rzeszę. Byle czego nie chcę Wam wcisnąć. Źle bym się z tym czuł. Serio.

Wydawało się, że już wszystko zostało wypowiedziane, nowa płyta wyszła, wszystkie karty wyłożone na stół, a zupa w garnku się skończyła. Może niekoniecznie. Foalsi wciąż mają coś w zanadrzu. Pojawił się nowy niewydany utwór. Został zarejestrowany podczas sesji CCTV w trzyosobowym składzie (Yannis, Jimmy i Walter). Aż strach pomyśleć co tam jeszcze w szufladach chłopaki chowają skoro taki ociekający zacnością track nie zmieścił się na żadne wydawnictwo. Oto Blue Bird. Enjoy!

sobota, 16 lutego 2013

Recka: Foals - Holy Fire [2013]

Wiecie po czym poznaję dobre piosenki? Po tym, że jest mi żal wyjść z pokoju podczas odsłuchiwania danej jednostki muzycznej. Ostatnimi czasy rzadko opuszczam pokój. Mam cholernie dobry powód. Właściwie to jedenaście powodów.
Trzecią płytę oksfordzkiego kwintetu Foals zatytułowaną Holy Fire porównałbym do bambusa. Mam na myśli tempo, w jakim wspomniany element flory się rozwija. Ta płyta rośnie niczym bambus. O, albo bardziej adekwatnym przykładem może być jeszcze wskrzeszanie ognia. Najpierw iskra, później mały płomyk, aż w końcu pożar. Podczas pierwszych odsłuchów mówię: najgorsza płyta Foalsów. Kilka przesłuchań później: jednak na równi z ich drugą płytą Total Life Forever. Aktualnie? Lepsza niż Total Life Forever. Brnąc dalej w sąd wartościujący, czy Holy Fire jest korzystniejsza od debiutu Antidotes? Moim zdaniem nie. Poprzeczka wisi wysoko. Antidotes charakteryzowało się młodzieńczą fantazją. Foalsi mieli coś, co już raczej nie wróci. Foalsi dojrzeli i bogatsi w doświadczenia wracają z nowym wydawnictwem.

Na początek Prelude. Tajemnicze narastające rozpoczęcie, z sukcesywnie dołączanym instrumentarium. Następnie Inhaler, czyli najbardziej rockowy utwór w całej dyskografii Foals. Funkowa zwrotka śpiewana falsetem przeradza się w refren kojarzący się z dźwiękami generowanymi przez Rage Against The Machine. Z kolei trzeci utwór na Holy Fire pt.: My Number to murowany kandydat do podbicia list przebojów. Pulsujący bas, chwytliwy refren, charakterystyczne dźwięki gitar, rytmiczna perkusja i nutka elektroniki na końcu. Nie dziwota, że My Number to jeden z singli promujących trzecie wydawnictwo Foals. Bad Habit będący czwartym numerem na Holy Fire kojarzy mi się z piosenką Big Big Love (fig. 2) z Antidotes. To pewnie przez rytm perkusji. Doceniam sposób, w jaki Foalsi potrafią wyciszyć, aby później znów uderzyć. Foalsowate gitary przy zwieńczeniu Bad Habit - mniam. Robię głośniej. Podobnie jak Inhaler (jam na Coachelli 2011) utwór Everytime miałem przyjemność usłyszeć jeszcze przed premierą nowej płyty. Przynajmniej sam początek. Jestem przekonany, że wrzucony na YouTube koncertowy niezatytułowany jeszcze wtedy kawałek zawierał część zwrotki z "piątki" na Holy Fire. Raz jeszcze chłopaki potwierdzają, że mają patent na zacne melodie. Dochodzimy do szóstego utworu ochrzczonego mianem nowej Spanish Sahary. Late Night rozpoczyna się spokojnie. Jimmy Smith, który zwykle dzierży gitarę siada przy klawiszach i wydobywa zeń subtelne dźwięki. Dołącza do niego Yannis Philippakis. Nigdy nie mówiłem, że Yannis to wybitny wokalista, lecz śpiewa w taki sposób, że nieczystości nadają prawdziwości, szczerości. Wierzę mu. Do wcześniej wymienionej dwójki dołącza reszta ekipy. Walter Gervers wprawia w ruch struny w swojej gitarze basowej, Jack Bevan wybija rytm, a Edwin Congreave kręci swoimi pokrętłami. Nastrój budują też dobrze wyważone smyki. W kulminacyjnym momencie Yannis wychodzi przed szereg z jednym ze swoich Travis Beanów i rozpoczyna coś na kształt solówki. Robię głośniej.
... i zostawiam takowy poziom głośności na kolejny kawałek Out of the Woods. Najkrótszy w zestawieniu. Jeden zarzut. Za dużo przeszkadzajek. Rozpraszają mnie. Sama nazwa "przeszkadzajki" sugeruje, że istnieje ewentualność zaburzenia ładu danego układu. Co nie zmienia faktu, że praktycznie całą piosenkę śpiewam wraz z Yannisem ;)
Smyki powracają w Milk & Black Spiders. Właśnie tak powinno się używać skrzypiec! Post-math rockowe gitary dopełnione elektronicznymi wygibasami i rasowym basem + skrzypki. Mocna pozycja na Holy Fire.
To jeszcze nic. Przejdźmy do kolejnej części składowej nowego LP Foals. Zapnijcie pasy. Albo raczej odepnijcie. Nie ograniczajcie ruchów. Przy Providence regularność bicia serca zostaje zaburzona. Końcówka budzi we mnie miotające się we wszystkie strony zwierzę. "I'm an animal just like you", jak to śpiewa Yannis ;D Foalsi funkują w klimacie rockabilly i kończą na raty genialnie drocząc się ze słuchaczem. Robię głośniej.
Jestem nieco zawiedziony końcówką płyty. Mam tutaj na myśli dwa "wolne" kawałki na koniec. Nie twierdzę, że są słabe, ale trochę tracę koncentrację przy finiszu płyty. Stepson wymagał ode mnie wielokrotnych odsłuchów. Nie trafił z marszu. Ewidentnie klimat z Total Life Forever. Nad piosenką Stepson unosi się klimat egzotyki. Rytuał, obrzęd, plemienne spotkanie przy ognisku. Zamykaczem Holy Fire jest Moon. Prawdopodobieństwo osiągnięcia muzycznego katharsis wzrasta. Subtelna minimalistyczna odsłona Foals.

Tęskniąc za Foalsami z debiutu chłonę nowe oblicze Brytyjczyków. Uwielbiam tych kolesi. I choćby ktoś mnie torturował, ciągnął za ucho, odciął mi dostęp do internetu, albo obiecywał dużą kwotę pieniędzy za zmianę zdania - nie złamię się. Muzyka spod znaku dwóch wyciągniętych wysoko w górę kciuków. Ci panowie rozpieszczają mnie dźwiękiem. Mam nadzieję, że kiedyś będą legendą. W drodze na szczyt popełnili kolejny znakomity album. Dobra robota!

czwartek, 31 stycznia 2013

Strołksi, Queensi, Foalsi, Crystalsi i NOŻOWNIKI!

Strołksi wydali jakiś dziwny nowy kawałek One Way Trigger zapowiadający kolejną płytę, która ma się pojawić 26 marca 2013 roku. Świeży singiel w moim odczuciu jest niezadowalający. Jakieś falsety, gdzie jest Julian i co z nim zrobili? Nie takich The Strokes polubiłem. W każdym razie album Comedown Machine ujrzy światło dzienne już w marcu.
Natknąłem się na informację mówiącą o tym, że Mark Lanegan wpadł do studia nagrań Queens of the Stone Age. Raczej możemy się domyślić w jakim celu. Bardzo dobra wiadomość. Mark + QotSA to dobre połączenie.
Foals wrzucili na YouTube teledysk do My Number, a ustawiając na ich stronie kod ILLER można za friko ściągnąć miażdżący kawałek Providence (192 kbps) z wychodzącego oficjalnie 11 lutego albumu Holy Fire.
Ulubieńcy polskiej publiczności Crystal Fighters w najbliższym czasie wypuszczą swojego drugiego długograja. Mam nadzieję, że nie będzie gorszy od debiutu. Nie dopuszczam nawet myśli, że będzie gorszy.

Teraz chciałbym się skupić na najzacniejszej w moim mniemaniu informacji. Apeluję o ostrożność! Nożowniki wracają! Rodzinny muzyczny interes ze Szwecji uformowany przez rodzeństwo Dreijer udostępniło w internecie utwór z nowej płyty. Prawie dziesięciominutowy utwór Full Of Fire zgniata swoją mrocznością. Odsłuch na słuchawkach przenosi w inny wymiar. Sprawdźcie to. Polecam. Ale zanim track do przesłuchania informacja o nazwie nowej płyty The Knife. Będzie się ona nazywać Shaking The Habitual i do sprzedaży wejdzie 8 kwietnia 2013. Z oczojebnej oficjalnej strony The Knife możemy też wyczytać track listę nowego LP.

1. A Tooth For An Eye
2. Full Of Fire
3. A Cherry on Top
4. Without You Life Would Be Boring
5. Wrap Your Arms Around Me
6. Crake
7. Old Dreams Waiting To Be Realized
8. Raging Lung
9. Networking
10. Oryx
11. Stay Out Here (Shannon Funchess, Emily Roysdon and The Knife)
12. Fracking Fluid Injection
13. Ready To Lose

Dobra! Słuchawki w dłoń i czas na Full Of Fire.


poniedziałek, 21 stycznia 2013

A chciałem dziś założyć T-shirt Foalsów...

Czułem pismo nosem. Wiedziałem, że coś się święci.  Rzeczywiście. Stało się moi drodzy. Ta chwila musiała nadejść. It leaked! Nowa płyta Foals wyciekła do sieci. Holy Fire krąży na torrentach i innych rapidszerach.
Dylemat. Ruszać empetrójkową jakość 128kb/s, czy czekać do premiery 11 lutego? ;>
Róbcie jak chcecie. Ja nie wytrzymałem. Napocząłem Holy Fire. Co będę dużo pisać? Zanosi się na kolejną dominację Foalsów w boltzowej Muzycznej Czasoprzestrzeni. Nie mam kompletnie nic przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Na razie nic o nowym LP pisać nie zamierzam. Będzie recka, ale już po oficjalnej premierze.
Wyrazy uznania i podziękowania dla człowieka, który dał mi cynk o wypłynięciu nowego długograja Foalsów. Niech zostawi komenta pod tym postem. Pokaż się Pan, czytaczom! ;D
Kiedyś wspominałem, że Foalsi kodują. Oto jeden z zakodowanych filmików. Proces nagrywania Late Night, czyli szóstego kawałka na Holy Fire.



poniedziałek, 3 grudnia 2012

Foalsi kodują + Foalsi w TV

Foalsi kontynuują zabawę w kody. Na oficjalnej stronie brytyjskiego zespołu pojawił się napis FOALS, którym można manipulować. Gdy za pomocą strzałeczek odpowiednio ułożymy litery, bądź cyfry uzyskujemy dostęp do jakiejś fajności udostępnionej przez kapelę. Przed 5 listopada rozsiali po internecie kod HRCPT. Dzięki niemu mogliśmy zobaczyć okładkę nowego albumu oraz posłuchać zapętlonego motywu gitarowego. Jak się później okazało było to intro zaczerpnięte z kawałka Inhaler, czyli pierwszego singla z trzeciego albumu Holy Fire.
Tym razem można rzucić okiem na making of piosenki Inhaler zapowiadającej trzeciego długograja. Nie chodzi o making of teledysku, lecz o proces powstawania/nagrywania Inhaler w studiu. Kod dostępu: SKUNK.

Żeby nie rozbijać na dwa posty wątku traktującego o tym samym zespole do Muzycznej Czasoprzestrzeni dorzucam również nową lajfkę Foalsów. Zupełnie nowy track. Premierowe wykonanie piosenki My Number pochodzącej z płyty Holy Fire odbyło się 13 listopada w programie Later... with Jools Holland na kanale BBC 2. My Number okazuje się być zgoła odmienny niż Inhaler. Jest łagodniejszy, bardziej wymuskany. Zachowuje jednak funkową zadziorność. Ciekaw jestem jak będzie brzmieć wersja studyjna.
Sprawdźcie to! Poniżej jutjubowy filmik z My Number.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Holy Foals

Wdech, wydech, wdech, wydech, wdech, wydech... Zmachałem się! Nigdy jeszcze tak szybko nie wróciłem (przybiegłem) z pracy do domu. Premiera nowego singla zespołu Foals to cholernie dobry powód by przypocić czoło.
Wstałem wcześnie, żeby móc czym prędzej posłuchać świeżynki od Foalsów, a tu nic. Pustka. Zero. Dopiero później wyczytałem, że premiera będzie w BBC Radio 1 u Zane Lowe'a. Tak jak podejrzewałem Zane wrzucił Inhaler do cyklu Hottest Record in the World. Komunikat zakończył proces ciągłego wręcz maniakalnego odświeżania profilu oxfordzkiego zespołu na FB, ich strony internetowej i profilu na Lastfm. Nadszedł czas! Rzućcie uchem na Inhaler pierwszy utwór z Holy Fire, czyli trzeciego albumu Foals


Ależ to jest brudny kawałek! Jeszcze rok temu zagrali to w Coachelli jako jam między piosenkami. Widzicie jak jam zamienił się w prawdziwą bombę? Początkujące zespoły jamujcie!
Żebyście mogli zobaczyć mój szczery uśmiech na twarzy. Inhaler miażdży! Siedzę sobie sponiewierany i szczerzę zęby. W którą stronę poszli Foalsi na trzecim longpleju? Ni to Antidotes, ni to Total Life Forever. Trzecia płyta to kolejne oblicze Foalsów. O to chodzi! Słyszycie w Inhaler Rage Against The Machine? Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek Źrebaki uraczą mnie tak rockowym utworem. Czapki z głów. No i oczywiście zacnie, że zostali funky. Ciężko usiedzieć na czterech literach ;)
Nie wiem jak wytrzymam do premiery Holy Fire (11.02.2013). Będzie ciężko. Foals forever!

piątek, 26 października 2012

Antidotes, Total Life Forever i... Holy Fire

Tak jest! Holy Fire! Nagrywali, nagrywali, aż w końcu nagrali! Foalsi wracają z trzecią płytą! Kiedy pojawi się nowy album? Proszę szanownych czytaczy, jak już zakupicie nowe kalendarze to zaznaczcie sobie 11 dzień miesiąca lutego w kółeczko. Właśnie 11-ego lutego 2013 światło dzienne ujrzy nowa płyta długogrająca zespołu Foals. Osoby, które wykorzystają pre-order na iTunes automatycznie otrzymają pierwszy track z Holy Fire - Inhaler. Trzeci album Foalsów można zamawiać w pre-orderze od 5 listopada. Kurka rurka powiem Wam, że jestem dziwnie spokojny, że będzie cacy. Ciekawe tylko, w którą stronę pójdą chłopaki z Oxfordu. Czy na "trójce" będzie więcej młodzieńczej energii niczym z Antidotes, a może postawią na post-rockowy sznyt z Total Life Forever? A może znajdą inną ścieżkę, którą zechcą podążyć? Niech już będzie 5 listopada i nastanie możliwość odsłuchu Inhaler. Rąbek tajemnicy zostanie odsłonięty.

Póki co, nieśmiertelny, genialny, ociekający zacnością, jedyny w swoim rodzaju utwór z drugiej płyty Foals Total Life Forever - Spanish Sahara.